
Blog Asiulka (Joanny Kalinowskiej) - żony, matki, emigrantki. Opisuję nasze życie rodzinne na Florydzie, gdzie mnie przywiało a mąż pstryka fotki. Miłego czytania i oglądania!
poniedziałek, 26 września 2011
Trzyletni Oluś

niedziela, 18 września 2011
Maly apel urodzinowy
Wlasnie obchodzilam urodziny pare dni temu - dosyc okragle bo 35te. Bardzo wielu znajomych sie odezwalo, dzwonili, pisali, wyslali kartki itd i bylo mi z tego powodu bardzo milo. Jednakze konczac ow urodzinowy dzien zdalam sobie sprawe, ze osoba, ktora powinna - moim zdaniem - jakos umilic mi ten czas nie popisala sie wielce niestety. I nie bede sie tutaj skarzyc, bo koniec koncow to byl bardzo fajny dzien, chociaz tak do konca nie spelnil moich oczekiwan. Pomyslalam sobie tylko, ze takie zaniedbanie urodzinowe dotyka wiele kobiet glownie matek i zon. Schemat jest taki, ze my matki i my zony zazwyczaj bardzo sie staramy by uczcic dzien urodzin swoich bliskich - robimy wszystko by nasz maz i dzieci poczuly sie tego dnia specjalnie. Jest tort, prezent, pyszny obiadek, toast, sto lat, zaproszeni sa goscie. Ale jak przychodzi kolej na nasze swieto to nie ma chetnych jakos zeby nam zrobic przyjemnosc i wyreczyc w obowiazkach domowych, zamowic torcik albo chociaz kupic ciasteczko, czekoladki, kwiaty...Tlumacza sie ze nie mieli czasu, pieniedzy, pracowali, zapomnieli itd Hmmm o ile mnie pamiec nie myli urodziny to stala i regularnie obchodzona uroczystosc, ktora nie wyskakuje pewnego dnia jak Filip z konopii ku zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych wiec moim zdaniem pewnie rzeczy mozna sobie zaplanowac, ustawic, wczesniej kupic lub zrobic...Bo tak wlasnie dzialamy my - mamy i zony. Wiec apeluje do ojcow, mezow i dzieci o troche lepsze opanowanie kalendarza, zwlaszcza najbardziej istotnych dat. Znalezienie czasu i ochoty na to by uczcic chociaz skromnie urodziny swojej drugiej polowy lub mamy. My doceniamy nawet najmniejszy gest, nie oczekujemy zadnej fety, po prostu ucieszy nas i rozczuli jak ktos zrobi cos dla nas tego wlasnie dnia. Bardzo prosze o pozytywne rozpatrzenie mej prosby:)
poniedziałek, 5 września 2011
Biutiful
Jestesmy z Wiesiem kinomanami. To nasza wspolna pasja. Wprawdzie nie chodzimy juz do kina tak czesto jak kiedys, wlasciwie baaardzo rzadko, ale i tak staramy sie byc jak najbardziej na biezaco. Tyle, ze ostatnimi czasy nasz gust troszke zszedl na psy:( Zawsze lubilismy dobre kino, jednak od jakiegos czasu wolimy siegac czesciej po prosta rozrywke, glupie, niespomlikowane komedie, filmy latwe, mile i przyjemne. Po prostu zmeczeni po calym dniu jakos nie mamy ochoty wraz z bohaterami dramatow rozstrzasac ich problemow psychologicznych i egzystencjalnych. Jesli mamy do wyboru powazna pozycje lub komedie to zazwyczaj decydujemy sie na to by sie ewentualnie zasmiac a nie zaplakac. Tyle, ze nie zawsze jest ta komedia na skladzie...i wczoraj wlasnie nie bylo. Wiec obejrzelismy cos innego, cos dobrego na odmiane, do tego stopnia dobrego, ze nie moge przestac myslec o tym filmie. Wiesiu juz mi dzis zaproponowal inny, a ja na to, ze sorry, ale jeszcze nie przetrawilam do konca tego poprzedniego:) Jesli macie ochote spojrzec na swoje zycie zupelnie inaczej i zobaczyc kawalek naprawde swietnego kina to bardzo polecam - Biutiful. I od razu ostrzegam, ze to bardzo smutny film, zaczyna sie smetnie, potem robi sie jeszcze bardziej smutny by osiagnac doslownie dno ropaczy niemalze na koncu:( I mimo ze brzmi to strasznie, to zapewniam was, ze wart jest obejrzenia. Ja splakalam sie delikatnie mowiac bardzo. Nienawidze takich filmow wlasciwie, bo przezywam je tak mocno, ze az mi glupio i mecze sie koszmarnie. Ale ten poza zmeczeniem zostawil we mnie slad. Dzisiaj obudzilam sie jakas lepsza i cierpliwsza dla moich dzieci, z przeswiadczeniem, ze moje zycie jest wspaniale i bardzo, ale to bardzo kocham moja rodzine, zwlaszcza moje dzieciaczki:) A wszystko to za sprawa Javier'a Bardem'a, ktory urosl w moich oczach to rangi naprawde swietnego aktora - nikt nie sika krwia tak jak on:) Jesli lubicie dobre europejskie kino, bez odrobiny nawet amerykanskiej kiczowatosci, i nie macie nic przeciwko filmowi z napisami tylko - taka przynajmniej wersje my mielismy, to naprawde goraco polecam.
piątek, 2 września 2011
W Ameryce siedzi len
Pisalam juz jak bardzo lubie amerykanow za ich serdecznosc, uprzejmosc, radosc zycia, usmiech w kazdej sytuacji, za chec niesienia pomocy itd. I pod tymi wzgledami ten narod jest zupelnie nie do pobicia:) Jest jeszcze jedna cecha wspolna wszystkim niemalze mieszkancom tego kraju, ktora zauwazylam od razu po przyjezdzie - lenistwo i wygoda. Sa to jednoczesnie zalety i wady, bo z jednej strony popycha to tych ludzi do wymyslalania coraz to nowszych wynalazkow majacych wszystkim ulatwic zycie. I cenie bardzo amerykanow za to, ze w przeciwienstwie do Polakow nie daza oni do utrudniania sobie zycia wszelkimi mozliwymi sposobami, ooo nie! oni maja tylko jeden cel - jak uczynic swoja egzystencje najbardziej przyjemna i bezproblemowa. I w zwiazku z tym bardzo wiele spraw mozna zalatwic przez internet lub telefon czyli nie wychodzac nawet z domu, inne z kolei nie wysiadajac nawet z samochodu. Nie ma tak rozbudowanej biurokracji, bo nikomu nie chce sie przekladac papierow. Jednorazowe talerze, plastikowe kubki na przyjeciach, proste amerykanskie dania - nikomu nie chce sie zmywac i sterczec w kuchni godzinami krojac jarzynowa salatke. Ale dzieki tym ulatwieniom jest to niestety najbardziej otyly narod na ziemi chyba:( Poza tym przy chodzeniu na latwizne traci sie pewna wyjatkowosc niektorzych rzeczy, wydarzen, spotkan - danie podane na papierowym talerzu nie smakuje tak smacznie, pojscie do kosciola w szortach i klapkach jakos przestaje byc uroczyste, serwowanie hot dogow na party zakrawa w ogole na zart (jak dla mnie przynajmniej). Ale dlaczego o tym pisze...bo w zwiazku z odprowadzaniem Mayci do szkoly dalo mi sie to jeszcze bardziej we znaki. Jak juz wspominalam linia samochodow rano ciagnela sie w nieskonczonosc wiec bardzo wielu rodzicow lacznie ze mna zrezygnowalo z niej i postanowilo parkowac w ulokowanym w tylach szkoly parkingu Publixu (sklepu spozywczego) i odprowadzac swoje pociechy pieszo chodnikiem jakies moze ze 150m moze 200m - nie jestem dobra w okreslaniu odleglosci na oko:) W kazdym razie nie jest jakis dlugi spacer. Ale oczywiscie nawet te 2-3 minuty maszerowania z dzieci bylo dla wielu zbyt wielkim wysilkiem i zaczeli parkowac samochody na poboczach, trawnikach, wjezdzie na pobliskie osiedle - co rozzloscilo tamtejszych mieszkancow oczywiscie. Ja wiem ze wszystkim sie spieszy rano, ale juz nie przesadzajmy!! To samo bylo przy odbieraniu pieszym. Mozna zostawic samochod na parkingu publixu i przejsc przez laczke na tyly szkoly gdzie wydawane sa dzieci rodzicom. Juz drugiego dnia zaczely sie kombinowania jakby sobie podjechac jak najblizej, zakorkowujac uliczke prowadzaca na zaplecze wyzej wymienionego sklepu gdzie tiry dowoza towar, potem urzadzono sobie dziki parking na laczce, i zeby jeszcze tego bylo malo - rodzice podjezdzali pare minut wczesniej ale siedzieli w tych samochodach do ostatniej sekundy zeby nie wiem..?? nie opuscic klimatyzowanego pomieszczenia zbyt wczesnie...czy zeby nie stac czekajac na swoje dziecko o pare minut dluzej niz to potrzebne...??? Doslownie smiac mi sie chcialo kiedy widzialam te podjazdy i sztuczki:) Ja jestem za najbardziej mozliwym wyposrodkowaniem pomiedzy polskim utrudnianiem zycia a amerykanskim wygodnictwem! I na pewno nie bede nigdy uzywac jednorazowych nakryc chyba ze na dzieciecym przyjeciu, do kosciola nie bede chodzic tak jakbym sie wybierala na plaze i nie bede niszczyla trawnikow tylko po to by zrobic 5 krokow mniej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)