wtorek, 2 stycznia 2018

Stresujący Grudzień

Jak co roku przygotowania do Świąt i całe zamieszanie związane z nawałem obowiązków, pracy, spraw do załatwienia, prezentów do kupienia, pieniędzy do wydania spowodowało bardzo podwyższony stan poddenerwowania i stresu.
Nie wiem czy Wy też tak macie...? Czy to tylko ja się tak wszystkim strasznie przejmuje...
Może to kwestia nałożenia sie wielu spraw, wielu okazji, terminów w moim życiu...
Od kiedy zaczęłam pracować w handlu akumulacja stresu w moim grudniowym grafiku sięga zenitu:(
Wymagania moich przełożonych w pracy i nawał pracy w związku z tym oraz przedłużone godziny pozostawiają mi dużo mniej czasu, energii i cierpliwości na resztę obowiązków domowych.
W tym roku nie pomagał w ogóle fakt, że Wiesia nie było w domu od poniedziałku do czwartku wieczorem:( Wszystkie zadania domowe, odwożenie i odbieranie, projekty były na mojej głowie. Kiedy zażądano ode mnie w pracy przedłużenia godzin musiałam żonglować swoim czasem jeszcze bardziej:(
Jak na złość zawsze w grudniu dzieci muszą zrobić największy projekt badawczy w ciągu roku szkolnego, do tego Maya miała pierwszy raz w jej życiu testy z całego półrocza i błagała mnie żebym ją przepytywała z materiałów - codziennie z innego przedmiotu. Moja córka jest kujonką więc nie wystarczy jej jedno powtórzenie...
Do tego dochodzą urodziny Wiesia, które zawsze chcę jakoś uczcić, i Maycine urodziny, których celebrację musze zaplanować dużo wcześniej jeśli chcę żeby jej koleżanki pojawiły się na nich zanim rozjadą sie na Święta.
Jednocześnie w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich lat moje świąteczne zakupy zaczęłam dużo później, co również mnie stresowało, bo trudno mi było znależć czas na chodzenie po sklepach, a poza tym takie słabo rozłożone w czasie wydatki źle odbijają się na domowym budżecie:(
Prócz tego wszystkiego wypadało by przystroić dom na zewnątrz i we wnątrz, ubrać choinkę, wysłać kartki z życzeniami i jeszcze znaleźć czas na pieczenie i  pichcenie innych świątecznych potraw...
Jakby tego było mało zostałam też powołana na świadka do sądu... i całe szczęście, że się stawiłam bo gościu, który mnie staranował próbował zwalić winę na mnie!!!! ale na szczęście mu się to nie udało:)))
Tak więc te wszystkie sprawy zwaliły mi się na łeb i szczerze wam powiem - to nie były jakieś straszne problemy, zwykłe niedogodności, brak czasu, niewyspanie, rozdrażnienie, bieganie przez cały miesiąc z wywieszonym jęzorem, ale i tak dały mi nieźle w kość:(
Ale udało mi się przetrwać:) wszystko załatwiłam, zakupiłam, zapakowałam, pomogłam, posprzątałam, ugotowałam i upiekłam:)

Powitałam ten nowy roku z ulgą i nadzieją, że bedzie trochę lepszy i przyniesie nam same dobre chwile! i Wam też tego życzę!!!

A to nasz grudzień w obiektywie Wiesia:

Nasza kartka Świąteczna




Domek Piernikowy




Wiesiowe urodziny


Maycinowy prezent urodzinowy: koncert Katy Perry



Party urodzinowe z koleżankami




Wyjazd świąteczny do NC






Miasteczko Świąteczne McAdenville



Sylwester w Polskim Klubie w Clearwater



piątek, 1 grudnia 2017

Dziękczynny weekend

Niedawno obchodziliśmy Święto Dziękczynienia w USA i jak co roku wszyscy w Stanach się pożądnie obżarli:)
O dziwo nie pracowałam...dano mi poświętować ze względu na moje nowe stanowisko, które nie wymaga ode mnie sprzedawania.
Tak więc zaprosiłam gości, nagotowałam żarcia i objadaliśmy się również,  dziekując ochoczo za wszystkie dobrodziejstwa jakie nas spotkały:)
Najpierw przygotowania....




Później impreza...







Niestety już następnego dnia moja obecność w Macy's była wymagana już o 6-stej rano:(((
Po długim dniu pomagania w sprzedawaniu wszelkiego rodzaju diamentowej biżuterii i nie tylko, moja rodzinka zagnała mnie do kupowania choinki. Tak, nie przeczytaliście źle:))) ubieraliśmy choinkę 24 listopada!!!!!






A następnego dnia zapakowaliśmy się pośpiesznie i pojechaliśmy odwiedzić Gaylord Resort w Orlando, gdzie zobaczyliśmy Ice Exibition czyli taką wystawę lodową, gdzie temperatura jest utrzymywana jest na poziomie prawie -13st C i można podziwiać rzeźby lodowe, jest również możliwość zjeżdżania po śniegu.
Biorąc pod uwagę, że moje dzieci widziały śnieg tylko parę razy w życiu, Oluś chyba tylko raz, i to w bardzo małych ilościach, stwierdziliśmy, że to może być fajne dla nich....
Wystawa lodowa była ciekawa, w temacie "Boże Narodzenie na świecie" , acz krótka i bardzo ale to bardzo zimna. Doświadczyłam wielokrotnie w Polsce w przeszłości niskich minusowych temperatur i nie przypominam sobie żeby mi tak bardzo twarz zmarzła....Myślałam, że dosłownie mi zamarznie cała facjata!!!!!! A chodziliśmy tam chyba tylko przez 20 minut...Mieli tam też takie lodowe zjeżdżalnie ale bardzo niskie.












Śnieżna zjeżdzalnia była większym hitem dla dzieciaków, dopóki nie zrobiła sie super długa kolejka do zjeżdżania.





Ten hotel ma też bardzo fajny kompleks basenowy ale jak dla nas Florydian przy temperaturze ledwo 20stC było trochę zbyt chłodno na kąpiele:)))





środa, 8 listopada 2017

Nowele i ekranizacje

Oto kolejna porcja moich bardzo subiektywnych recenzji książkowo-filmowych:)

Może najpierw książki, których ekranizacji nie ma jeszcze i może nigdy nie będzie...

"Posłaniec" czyli "I'm the messenger" Marcus Zusak, ta książka jest warta przeczytania!!!! Gdyby nie przekleństwa i styl życia głownego bohatera dałabym ją do przeczytania mojej córce. I kiedyś jak będzie starsza jej ją polecę i będziemy mogły o niej porozmawiać:)
To historia kompletnego "loosera", który wiedzie zupełnie beznadziejne życie bez żadnej przyszłości na horyzoncie. Aż pewnego dnia dostaje zadanie do wykonania - przynajmniej tak mu się wydaje...
Ten autor napisał "Złodziejkę książek", której narratorem jest Śmierć, a w tej pozycji czuje się jakby obecność kogoś nie z tego świata, jakby palec Boży...który daje ci szansę by być lepszym, pomóc komuś i zobaczyć swoje własne życie w zupełnie innym świetle... Polecam!!!

"The husband's secret" czyli w wolnym tłumaczeniu Sekret męża Liane Moriarty, to ciekawa historia nie rozwiązanego nigdy morderstwa, osadzona w teraźniejszości, ale powracająca wielokrotnie do przeszłości głównych bohaterów. Czyta się dobrze, niepozorna wydawać by się mogło opowieść o matkach i gospodyniach domowych zamienia się pod koniec w dramat zapoczątkowany przez nastoletnią miłość dekady wcześniej...
Dobra książka na wakacje,  na plaże może...

"The silent wife" czyli Milcząca żona A.S.A Harrison, podobnie jak poprzednia książka - interesująca historia zdradzanej żony, która mimo przymykania oczu na romanse męża i tak zostaje porzucona i zaczyna planować odwet na nim.
Ja osobiście nie rozumiem takiej postawy i nigdy bym mojejmu mężowi nie pozwalała na takie wybryki, więc średnio mi się to czytało, bo nie potrafiłam się wczuć w sytuację głownej bohaterki...
Ale zakończenie było zaskakujące trochę...

"7 razy dziś" czyli "Before I fall" Lauren Oliver, taka pozycja trochę dla młodzieży. Przeczytałam, bo słyszałam, że ekranizują ale koniec końców film sobie podarowałam.
Rzecz o nastolatce, kóra ginie w wypadku samochodowym, ale budzi się codziennie przeżywając ten sam - swój ostatni dzień. Ogólnie ciekawa i wciągająca, bo bohaterka codziennie próbuje inaczej przeżyć swoje ostatnie godziny i rozwiązać tajemnicę tej dziwnej pętli czasowej w której się znalazła.
Mój problem polegał na tym, że nie lubie czytać o rozpuszczonych, pustych nastolatkach!!! Zawsze się martwię, że moja córka na taką mi wyrośnie - chociaż znając Mayę to raczej absolutnie niemożliwe. Nie lubię historii o puszczonych samopas młodych ludziach, którzy robią co chcą. A juz w ogóle denerwują mnie historie o bulling w szkołach, kiedy dzieci są prześladowane, alienowane, wyśmiewane...Poza tym zakończenie mnie troszkę rozczarowało więc stwierdziłam, że już sobie daruję oglądanie tej całej historii na ekranie.

"Byliśmy łgarzami" czyli "We were liars"Emily Lockhart, to jest książka z rodzaju trochę tajemniczego...bo nie wiesz o czym właściwie jest i do czego zmierza ta cała dziwna opowieść niemalże do końca i jak cię w końcu sieknie tym głownym, ukrywanym detalem to się nie możesz pozbierać! Nic więcej nie mogę wam zdradzić, poza tym, że to nie jest płytka opowieść o bogatej nastolatce. A na końcu robi się bardzo smutno:(

"Wszystkie jasne miejsca" czyli "All the bright places" Jennifer Niven, mimo optymistycznego tytułu to jest smutna historia o chorym psychicznie młodym chłopaku. Ale cieszę się, że ją przeczytałam, bo nigdy nie potrafiłam zrozumieć depresji, tej czarnej dziury w której człowiek siedzi, i nie może, nie chce, nie ma siły, ani ochoty z niej wyjść. Ta powieść mnie trochę oświeciła, i przy okazji również przygnębiła. Bardzo poruszająca, inteligentna, świetnie napisana, no i smutna niestety:( Ale mimo wszystko bardzo polecam!

A teraz pozycje, które przeczytałam i obejrzałam...

"Historia Twojego życia" Ted Chiang, to jest właściwie taki zbiór opowiadań. Ale to na podstawie tego tytułowego krótkiego opowiadanka bazowano tworząc film "Arrival".
Jeśli chodzi o pierwowzór to powiem wam szczerze ta książka była dla mnie troche za mądra:) Ja nie mam umysłu ścisłego, nie jestem zbyt techniczna i trudno mi sobie wyobrazić i zrozumieć pewne abstrakcyjne pojęcia matematyczne, fizyczne. Nie jestem też żadną specjalistką komputerową wręcz przeciwnie więc te opowiadania były dla mnie trochę zbyt naukowe acz ciekawe.
Ta krótka tytułowa opowieść była chyba jedynie luźną inspiracją do powstania filmu. Ale ten film jest ,jak dla mnie, niesamowity!!!! Nie pamiętam czy już o nim pisałam, jeśli tak to sorry, że się powtarzam, ale byłam i nadal jestem pod wielkim wrażeniem tego filmu. I nie ukrywam, że na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że jestem matką i dlatego mnie tak poruszył.
Wersja filmowa różni się trochę od pisanej, ale wolę tą filmową mimo, że jest bardziej dramatyczna.
Wspaniała kreacja Amy Adams.
Historia specjalistki od języków, która została poproszona o pomoc w tłumaczeniu i zrozumieniu istot pozaziemskich, które wylądowały na ziemi. W trakcie pracy głowna bohaterka zaczyna doświadczać dziwnych jakby deja vu epizodów...przynajmniej tak mi się wydawało...
Moim rodzicom się ten film absolutnie nie podobał, ja natomiast obejrzałam go już kilka razy i nawet pokazałam Mayi - chociaż ona chyba nie do końca skumała:(, i nadal mnie strasznie wzrusza. Poza tym myślę, że to bardzo zakręcona historia i dobre kino!!!

"Zaginione miasto Z" David Grann, to niestety jedna z pozycji, która mnie bardzo zawiodła. Podwójnie nawet, jako książka i film. Opowiada o brytyjskim badaczu Amazonii, który przez większość swojego życia bezskutecznie szukał miasta Z - pradawnego, wysoko rozwiniętego miasta, pełnego bogactw itd. Właściwie ta opowieść jest próbą wyjaśnienia tajemnicy jego zaginięcia. Ale niestety, sorry, że psuje wam lekturę, nic nie wyjaśnia:(
Ciekawe były dla mnie jedynie relacje z jego wcześniejszych wypraw dokładnie opisujące problemy jakie napotkali w dżungli - w szczególności te z różnymi insektami i chorobami (nie wiem dlaczego odrażające opisy chorób i schorzeń zawsze mnie nie zdrowo ciekawiły)
Film nie wniósł niczego nowego, i nawet Charlie Hunnam nie uczynił tego filmu bardziej interesującym:(

"The Handmaid's Tale" Margaret Atwood, wow! jak chcecie się totalnie zdołować kobiety to zapraszam do lektury. Ta książka jest dobra, ale totalnie przerażająca!!!
Na początku intryguje, pokazując jakby zupełnie alternatywny świat, w którym pozycja kobiety została zupełnie zdegradowana i wszyscy żyją w jakimś totalnym totalitaryźmie. Tytułowa bohaterka jest wykorzystywana w celach reprodukcyjnych tylko, nie ma prawa do niczego, nawet swojego własnego dziecka. Ogólnie rzecz biorąc bardzo przytłaczająca lektura, powieść ma otwarte zakończenie, więc nie wiadomo co sie właściwie z nią stanie... Wyprodukowano serial już, obejrzałam tylko dwa odcinki, za bardzo mnie dołował. Ale dostał nagrody, więc może jest wart obejrzenia...

"Pomiędzy nami góry" Charles Martin, tą pozycje czytałam z wypiekami na twarzy i nie mogłam się oderwać!!! Dwoje obcych sobie ludzi rozbija się samolotem w bardzo niezamieszkanej, odludnej, dzikiej części wysokich gór w Utah w środku zimy.
Niesamowita historia, trzyma w napięciu, świetnie się czyta, zaskakujący koniec...Ja byłam pod wielkim wrażeniem. Przeczytałam w dwa dni!!!!
Ale niestety film mnie super rozczarował! Dosłownie zmasakrowali tą powieść:( Jedyne co się zgadzało to fakt, że się rozbili w górach. Nie wiem po co się w ogóle afiszowali, że to według ksiązki jest skoro wszystko w tej historii zmienili. Lubię Kate Winslet, ale to było absolutnie obsadzenie wielkiego nazwiska, a postać Idrisa Elby została totalnie skrzywiona.
Jeśli nie czytaliście ksiązki to pewnie film wam się spodoba jako jaki taki romans, ale wierzcie ci książka była super jak dla mnie!!!

"Outlander" Diana Gabaldon, ciekawa historia kobiety podróżującej w czasie z lat powojennych do XVII-wiecznej Szkocji. Słyszałam juz dawno o tej serii książek i że jest serial...więc postanowiłam zobaczyć czy to coś ciekawego. Jak dotąd przeczytałam pierwszą część i obejrzałam pierwszy sezon.
Powieść jest olbrzymia zdawało mi się, czytałam i czytałam:) I ciężko mi było, bo nie dosyć, że autorka lubuje się w kwiecistym słownictwie to jeszcze dla autentyczności w przeszłości wszystkie postacie wypowiadają się w jakimś staroszkockim, wiejskim trochę dialekcie angielskim, w wiekszoci dla mnie słabo zrozumianym:( Zajęło mi trochę przyzwyczajenie się do tych dialogów i  rozszyfrowanie z kontekstu o czym oni gadają:)))
Potem powieść przeradza się w romans z dużą ilością seksu...ale koniec końców jest interesująca i chcesz wiedzieć jak potoczą się losy głownych bohaterów.
Serial dobrze zrobiony, pominął parę wątków, ale dosyć trzymał się fabuły z książki, oprócz końca, który trochę ukrócili i zmienili. Ale nawet mój mąż oglądał...i zasnął dopiero na tym ostatnim odcinku.
Nie jest to jakaś ambitna literatura, ale ogólnie mi sie spodobała - zarówno powieść jak i film.

Na razie tyle recenzyjek, mam nadzieje, że wam pomogłam, zainteresowałam lub zaintrygowałam, jak macie jakieś sugestie dla mnie to piszcie:)









sobota, 4 listopada 2017

Klepanko

Ostatnimi czasy często klepiemy się sami, nawzajem lub przez innych w plecy za dobrze wykonaną robotę wychowawczą!
Jeśli czytacie ten blog od początku, albo od przynajmniej kilku lat, to może pamiętacie moje czasami pełne goryczy posty matki wymęczonej i sfrustrowanej. Żaliłam sie tutaj wielokrotnie, że łatwo nie jest, że padam na twarz, że czasami ryczę po nocach, razem z ryczącą córką, że sił brakuje, że ręce opadają, głos wysiada, ale brnę dalej i nie rezygnuję chociaż jest ciężko i nikt mnie nie wyręczy.

Moje metody wychowawcze były dość proste, oparte na teorii powtarzalności, systematyczności i konsekwencji. Wychodziłam z założenia, że jesli wpoję moim dzieciom pewne ważne prawdy, zasady, przykazania, jeśli nauczę ich odpowiednich zachowań za młodu - czyt: bardzo wczesnego młodu:) to wszystkie te dobrze postawy się im zakorzenią i nie będą potrafili postąpić inaczej.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać:(

Zaczęło się od samodzielnego zasypiania, i odprowadzania z powrotem do łóżka za każdym razem kiedy przydreptali do naszej sypialni, czyli jakies milion razy. Wszystko robiliśmy według grafiku, żeby wiedzieli o której czego się spodziewać i co jest od nich wymagane.
Były ostrzeżenia, potem kary. Były też czasem klapsy, ale symboliczne, żadnych wielkich lań, kosmicznych awantur czy wrzasków. Odbieranie przywilejów, zabieranie zabawek itp Nie obyło się bez histerii, obrażania się - ale wszystko miało stosowne konsekwencje.
Z drugiej strony dobre zachowania były nagradzane i chwalone.
Była nauka proszenia i dziękowania. Dałam im bardzo dosadnie do zrozumienia, że bez proszę i dziekuję daleko nie zajdą, przynajmniej nie ze mną:) Ale sama zawsze dawałam dobry przykład, nigdy nie wykrzykiwałam rozkazów - zawsze prosiłam, po wykonaniu mojej prośby dziękowałam.

Przeżyłam jakoś ten wykańczający okres ciągłego zwracania uwagi, tłumaczenia, proszenia, nakazywania. Wówczas wydawało mi się, że nic innego nie robię. Jak katarynka...w koło Macieju...
Myślałam: ile można razy to samo gadać????? Czy moje dzieci mają jakiś problem z przyswojeniem najprostrzych zasad życiowych????? Jak jeszcze raz będę musiała powtórzyć : jak się mówi???? albo posprzątaj swoje zabawki jak porozwalałeś...to chyba eksploduję!
Chciałam też ich nauczyć szacunku, pilności, punktualności, zdolności chodzenia na kompromis, dzielenia się, tolerancji, wdzieczności i polskości. Wiem, każdy chce, ale nie każdemu sie udaje, bo trzeba trąbić w kółko, stawiać do pionu, spędzać czas i nerwy tłumacząc czego się wymaga i dlaczego.

Obserwowałam innych rodziców i zauważałam, że nie reagują tak jak ja, machają rekoma, ignorują pewne zachowania...mają więcej spokoju. Myślałam - przesadzam, probowałam się czasami powstrzymać od skorygowania zachowania, odpuścić im od czasu do czasu, ale koniec końców wychodziła ze mnie ta gderliwa, czepiająca się matka:)

I wiecie co? Konsekwencja się opłaciła! Zadziałały wszystkie zasady, kary, ostrzeżenia, rozmowy i kazania, wrzaski i pochwały. Wszystko odniosło zamierzony skutek.
A wiecie skąd to wiem? Bo widzę efekty naszej ciężkiej roboty. Czasami jestem w szoku jak są wyszkoleni:)
Każdy kto mi ich pilnował był chyba w podwójnym szoku. O 7-mej ogłoszają, że idą się kąpać, ubierają się w piżamki, robią sobie kolację i o 9:00 Maya informuje Olusia, że już czas spać i grzecznie idą do łóżek. Ani moja teściowa ani moi rodzice jeszcze nie byli świadkiem takiej akcji, za każdym razem jak wrócilismy z naszej randki zastawaliśmy ich totalnie szokniętych:)

Poza tym moje dzieci są grzeczne i uprzejme, zgodne - one nigdy się nie kłócą ani ze sobą ani z innymi dziećmi, a już w ogóle nigdy nie dyskutuja z nami. Nie mają zadnych problemów w szkole, wręcz przeciwnie - same nagrody, same piątki, same wyróżnienia.
Maya dostała się do klasy Cambridge dla zaawansowanych studentów. Parę tygodni temu dostałam niespodziewany e-mail od jednej z jej nauczycielek, w którym napisała jaką wspaniałą uczennicą jest moja córka - zawsze przygotowana, ciekawa świata, żądna wiedzy, służąca pomocą kolegom i koleżankom. Kilka razy podkreślała, że to wielka przyjemność mieć ją w klasie. A rok temu na parkinku zatrzymała mnie maycicna nauczycielka baletu, żeby tylko powiedzieć jaka Maya jest wspaniała, uczynna, dobra itd.
Możecie sobie wyobrazić jak momentalnie urosłam jako matka! To były najlepsze komplementy jakie mogłam usłyszeć w moim życiu chyba:)
A Oluś zadziwia mnie swoim dobrym sercem, cierpliwością do wszystkich, dobrym humorem każdego dnia. On każdemu chciałby nieba uchylić. To chyba ma po swoim tacie...:)
Jego nauczycielka też go chwaliła, mówiła, że jako jeden z niewielu w jej klasie od razy wykonuje wszystkie polecenia. A w tym roku po raz pierwszy przyznawano tak zwane honor rolls - kiedy masz piątki i czwórki i high honor rolls jeśli ma się tylko samę piątki i takiż właśnie Oluś otrzymał.

Nie wiem co przyniesie przyszłość...może przyjdzie okres buntu i wszystko się zmieni...
Ale aktualnie mogę poklepać sie po plecach i powiedzieć sobie odwaliłaś dobra robotę matka!!!!!!







piątek, 27 października 2017

15 lat minęło...

W tym roku obchodzę 15-stą rocznicę mojego przybycia do Stanów. Nie wiem zupełnie kiedy to zleciało i jak to się w ogóle stało, że mieszkam już tu 15 lat...
I powiem szczerze, te 15 lat w tym kraju z daleka od rodziny i ojczyzny zmnieniło mnie trochę mimo, że sie opierałam i swojej polskości się nigdy nie wypierałam. Ponoć "kto z kim przestaje takim się staje" i "when in Rome do as Romans"...i jest w tym troszkę prawdy, ale nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem polska amerykanką, raczej amerykańską polką. Czyli mam jakieś nawyki amerykańskie, przyzwyczajenia, wymagania może, nastawienie czasem...ale w gruncie rzeczy w sercu jestem Polką.
Prawdą jest, że nie tesknię już tak za Polską jak kiedyś na początku mojej emigracji. Bardziej mi brakuje ludzi, rodziny, znajomych niż bycia tam fizycznie. Nie wyobrażam sobie już mieszkania w Polsce, nie ciągnie mnie żeby tam wrócić, nawet jak wyjeżdzam na wakacje po kilku tygodniach tęsknię już za swoim domem tutaj.
Nie przepadam nawet za oglądaniem polskiej telewizji - polskie wiadomości mnie bardzo przygnębiają, inne programy czasami nudzą - bo nie jestem już na bieżąco, a czasami drażnią, bo brakuje im tej amerykańskiej energii, do której jestem już przyzwyczajona, denerwuje mnie to ciągłe politykowanie, a raczej sposób w jaki sie odbywa. I nie chcę tutaj nikogo urazić, ale jak dla mnie polska telewizja jest w większości trochę smętna:(
Brakuje mi chodzenia po polskich ulicach i patrzenia na przystojnych, szczupłych ludzi, ładnie ubrane kobiety. Tęsknie za polskimi piekarniami, polskie wędliny kupuje w nielicznych polskich sklepach tutaj, ale swieże wypieki są rzadkością:(
Nie żałuję w ogóle, że nie muszę znosić polskiej pogody, której przez większość roku nie cierpiałam.
I mimo, że często ta nasza polska mentalność jest denerwujaco ponura i złośliwa, zazdrosna, i czasami wręcz mało sympatyczna i wiecznie narzekająca to jednak jest mi do niej bliżej  niż do tej amerykańskiej.
Nadal mimo tylu lat tutaj spędzonych nie potrafię zrozumieć pewnych zachowań amerykańskich, są mi one tak obce i dziwne wręcz, że sama zadaje sobie pytanie : co ja tutaj robie???:) Na przykład ten brak umiarkowania i zdrowego rozsądku jeśli chodzi o odżywianie, brak dobrego gustu, brak zainteresowania resztą świata, lenistwo, takie przyswajanie bylejakości, ta chęć do posiadania broni, skłonność do egzaltacji. Nie rozumiem tez w ogóle tej ich absolutnie fałszywej skromności - nie można pokazać większego skrawka ciała w telewizji, nie daj Boże jakąś obsisłą, prześwitującą bluzkę lub majtki, ale o niczym innym sie nie mówi. Amerykanie mają jakąś niezdrową obsesje na punkcie sexu, skandali seksualnych. Bardzo to jest męczące i irytujące.
Można powiedzieć, że z obydwu kultur zaczerpnęłam to co uważałam za najlepsze, to co mi najbardziej odpowiadało.
Kultywuje polskie zwyczaje świąteczne, polskie potrawy, polskie obrzędy - uważam, że są piękne i wciąż bardzo ważne dla mnie. Nigdy nie idę na łatwiznę jak to robią amerykanie, pod tym względem jestem super polska.
Ale lubię też amerykańką otwartość na ludzi, uśmiech, nauczyłam się pozdrawiać nieznajomych, zagadywać ludzi w sklepie, być śmielsza, odważniejsza, zadawać więcej pytań. Podziwiam ich tolerancję, chęć niesienia pomocy, pogodę ducha. Pisałam o tym wielokrotnie już i wiem, że trudno jest to zrozumieć i docenić jeśli się tego nie doświadczyło, bo sama wyśmiewałam się z tej amerykańskiej jowialności zanim tu przyjechałam. Ale żyje się o wiele lepiej kiedy wokół widzi sie wiecej uśmiechniętych twarzy aniżeli naburmuszonych.
Doceniam wszelkiego typu udogodnienia życiowe, które tutaj są dostępne, chociaż niektóre śmieszą mnie wręcz. Lenistwo amerykańskie czasami nie ma granic:)))
Nie tęsknię za polską biurokracją i robieniem problemów ze wszystkiego.
Podsumowując oto kilka może troche dziwnych, śmiesznych ale chyba ciekawych faktów o mojej emigracji, adaptacji i jej braku:

  • nadal moim ulubionym zespołem jest Bajm, jeżdżąc samochodem często wyję śpiewając Kasię Kowalską i Edytę Bartosiewicz:)
  • świętujemy Halloween i Thanksgiving z większą ochotą
  • nienawidzę słuchać amerykańskiego radia!!!! tęsknię za Eską, Zetką i RMF
  • nie pija się u nas w domu coca-coli, nie jada humburgerów, a moje dzieci nigdy nie jadły  chyba peanutbutter and jelly sandwich, ich ulubioną potrawą są naleśniki i polski rosół:)
  • nie przestawiłam się do dzisiaj na Farenheity, cały czas operujemy Celcjuszami u nas w domu, nawet Wiesia na powrót zaadaptował Celcjusze
  • choinkę ubieramy juz na samym początku grudnia tak jak amerykanie, ale rozbieramy po 3 królach
  • moje dzieci nie mają płacone za uczenie się i pomaganie w domu
  • gotuję dużo polskich potraw ale również chińskich, włoskich, meksykańskich, jesteśmy otwarci na inne kuchnie
  • nie przepadam za amerykańskimi wypiekami, według mnie są lekko do bani, strata moich kalorii
  • mówiąc po polsku wtrącam dużo angielskich słow niestety, nie robie tego żeby zaszpanować, tak mi jest łatwiej, szybciej, konkretniej, bo na niektóre sformułowania nie ma dokładnych polskich odpowiedników   




piątek, 13 października 2017

New York, New York

Dzisiaj relacja z naszego weekendu w Nowym Jorku.

Na pomysł tego wypadu wpadłam kiedy zapytałam Olusia co by chciał robić na swoje urodziny...czy chciałby się gdzieś wybrać... A on odpowiedział, że chciałby pojechać gdzieś zobaczyć jakieś skamieniałości...Tak, dobrze przeczytaliście:) skamieniałości czyli zachowane w skałach szczątki organizmów (skamieniałości właściwe, strukturalne), a także ślady ich aktywności życiowej (skamieniałości śladowe).
Nasz syn ma bardzo geologiczne zainteresowania ostatnimi czasy, mimo wszystko nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
Biorąc jednak pod uwagę jego życzenie i fakt, że Wiesiu pracował akurat na projekcie w New Jersey - rzut beretem od NYC, wyszłam z propozycją byśmy odwiedzili go tam któregoś weekendu we wrześniu i zawitali do American Museum of Natural History, gdzie pewnie będzie parę skamieniałości:)
I tak też zrobiliśmy!!!
Weekendzik był super udany i super wykańczający:), szczególnie dla dzieciaków, gdyż była to dla nich pierwsza tego typu wycieczka - zwiedzajaca i chodząca!
Mimo, że każdego dnia padali na twarz ze zmęczenia, to jednak bardzo im się podobało.
Oczywiście wzięliśmy pod uwagę ich możliwości i zaplanowaliśmy tylko dwie atrakcje dziennie.
Mamy setki zdjęć z tej wyprawy, oto parę z nich:



Z muzeum...








Z Central Park...



Ze szczytu Rockefeller Center







The Statue of Liberty i Ellis Island






oraz z Muzeum Madame Tussauds