czwartek, 9 lutego 2012

Wspomnienia walentynkowe

Walentynki nadchodza! Wszedzie rozowo i czerwono. Nie lubie tych kiczowych walentynkowych pierdulek. Za czekoladki  tez dziekuje, postoje. Najwazniejsza jest kartka. A kartek tysiace, wszystkie czerwone i patetyczne. Zawsze strasznie duzo czasu zajmuje mi wybranie jednej. Nie trawie tych z wynioslymi tekstami, dlugasnymi wierszykami i wyznaniami. Zawsze szukam jakiejs z minimalna iloscia tekstu - najwazniejsze  to co ja napisze, a nie co ktos tam wydrukowal wyreczajac ofiarodawce. Ja nie chce byc wyreczona, chce sie postarac i pragne by ten moj walentyn tez sie troszke natrudzil wypisujac walentynke, a nie tylko podpisal sie.
Wczoraj siegnelam pamiecia w przeszlosc i zdalam sobie sprawe, ze wlasnie w tym roku minie 10 lat od moich  najsmutniejszych Walentynek, kiedy to dnia nastepnego zakonczylam zwiazek z moim owczesnym wieloletnim chlopakiem. Jak bardzo czara goryczy musi byc wypelniona by chciec sie rozstac nazajutrz po swiecie zakochanych...Troszke wiecej niz po brzegi:)
Rok pozniej przydarzyly sie moje najsmieszniejsze Walentynki juz w Stanach z Wiesiem. Chcialam sie tego dnia zrobic na bostwo bo wieczorem czekala mnie, jak mialam nadzieje, romantyczna randka z panem W. wiec rozpoczelam dzien od maseczki na twarz i czekajac az zadziala cuda leniwie snulam sie po domu w koszuli nocnej kiedy to zadzwonil dzwonek do drzwi i ku swemu przerazeniu dojrzalam przez wizjer nie kogo innego jak mojego adoratora we wlasnej osobie!!! Co za panika:) Ja rozczochrana z twarza umorusana jakos glajda i do tego w koszuli nocnej. Zamiast bostwa moj wielbiciel ujrzal jakas zmore, ale nic sie nie scykal, wreczyl bukiet kwiatow i cudny prezent, cmoknal w wysmarowany pyszczek. Chcial mi zrobic niespodzianke, albo moze nie mogl sie doczekac zeby mnie zobaczyc...Milutkie to bylo, zwlaszcza ze sie absolutnie nie zrazil moim koszmarnym widokiem i stawil sie na pozniejsza randke:)
W tym roku mamy o dziwo tez plany randkowe, dzieci zostawiamy u znajomej z osiedla. Pisze o dziwo, bo od kiedy sie rozmnozylismy nie bylismy sami na zadnym wyjsciu walentynowym, wszedzie z dzieciarami, co jak wiadomo nie zawsze jest romantyczne. Ponadto zamiast walentynkowych gadzetow zrobilismy sobie jeden wspolny prezent - Keurig czyli maszyne do parzenia pojedynczych kaw i herbat. I robimy sobie super kawki, bo tych kaw jest od wyboru do koloru, az trudno sie zdecydowac.
A jakie wy macie wspomnienia walentynkowe?

wtorek, 7 lutego 2012

Co nowego...

Czytam teraz blog, ktory nie dawno odkrylam - chustka. Smutny, ale dobry i tego sie trzymam kiedy ludzie mi sie pytaja czemu go czytam. Mimo, ze jest czasami bardzo przygnebiajacy dobrze wplywa na mnie, bo doceniam bardziej zycie, zdrowie, rodzine, dotrzegam blahosc moich problemow i nie daje sie zmeczeniu - bo co to za zmeczenie...lekkie znuzenie moze, az wstyd narzekac i jeczec wiec zbieram sie w sobie. Trzymam za nia kciuki. Podziwiam jej synka.
Czekamy na Olusiowe braces czyli takie specjalne buty, ktore maja przelamac jego zwyczaj chodzenia na palcach. Mam nadzieje ze w ogole bedzie chcial w nich chodzic...
Maya powrocila do ssania palucha:(( Rece opadaja. Zamowilam juz jakis inny obrzydliwy lakier do paznokci, bo jakims cudem do aktualnego juz sie przyzwyczaila i nic jej nie przeszkadza. Jestem jak ostatnia jedza, caly czas ja obserwuje, sledze, rzucam piorunujace spojrzenia, groze karami itd Ale nie moge popuscic bo ma juz 4 nowe zeby w tym dwie jedynki i nie pozwole zeby je sobie wykrzywila!!! Mam nadzieje, ze kiedys mi podziekuje za ta moja zolzowatosc i konsekwencje, bo moze przyczynie sie do tego ze bedzie miala piekny usmiech i oszczedze jej chodzenia do ortodonty.
Chodze caly czas regularne na yoge i zumbe i mimo, ze czuje sie szczuplejsza to moja waga odmawia mi ujawnienia jakis wymiernych rezultatow, wedlug niej nie pozbylam sie ani grama:( Wiesiu twierdzi, ze przybywa mi miesni.
Mielismy bardzo fajny weekend - przyjechala moja przyjaciolka z rodzinka, zabralismy sie wszyscy na wycieczke do super fajnego parku nad oceanem, wynajelismy rowery, zrobilismy sobie piknik z grillem w tle, zawitalismy na plaze. Bylo naprawde super, pogoda cudna, dzieci mialy frajde. W takie dni - kiedy na przyklad w Polsce jest -25 st C,  jeszcze bardziej doceniamy nasze miejsce zamieszkania. Co tu duzo gadac - dobrze tu mamy:)



poniedziałek, 30 stycznia 2012

Mamciowy Kopciuszek

Pewnego dnia Maya rysowala jak zwykle, i jak zwykle ksiezniczki:) Zazwyczaj zaraz po ukonczeniu wrecza swoje dziela komus z domownikow lub zatrzymuje do podarowania dla kolezanek, nauczycielki albo dalszej rodziny. Tym razem chyba nie mogla sie zdecydowac ktora z ksiezniczek komu..wiec zaczela robic wywiad - spytala sie taty ktora krolewna jest ulubiona mamy...Tata oczywiscie nie potrafil odpowiedziec na tak powazne i glebokie pytanie:) ( tak na marginesie: czy on mnie w ogole zna choc troche??? skoro nie potrafi powiedziec kto jest moja najulubiensza ksiezniczka???? )
Koniec koncow Maya sama bidulka musiala zgadywac...A corka moja jest juz w swych latach tak dalece posunieta i nad wiek rozwinieta, bynajmniej nie tylko fizycznie ale rowniez intelektualnie, i potrafi przeprowadzic doglebna analize przychologiczna czlowieka - znaczy sie swojej matki w tym przypadku...I zdecydowala, ze stanowczo mamy ulubienica musi byc nie kto inny jak tylko i wylacznie Kopciuszek. A dlaczego spytacie? Alez jest proste i rzeczowe wytlumaczenie, ktore oczywiscie Maycia tatusiowi nie omieszkala zapodac. A mianowicie mamunia przeciez podobnie jak wyzej wymieniony Kopciuch biega caly czas po domu i sprzata, wszedzie ze szmata albo miotla, bez chwili wytchnienia...
Mama to jest taki cleaning princess - orzekla moja spostrzegawcza latorosl:)
I rzeczywiscie czasami mam wrazenie, ze na tym polega moje zycie:( A najsmieszniejsze jest to, ze mimo tego mojego ciaglego kopciuchowania dom wcale nie blyszczy niestety. Efekty moich staran jakos nie trwaja dlugo. Jakas slabą przetrwalnikowosc czystosci i porzadku mamy w chacie. To zrodlo mojej wiecznej frustracji niestety. I mimo, ze nie chce zeby mojej corce pozostal w glowie obraz matki z dziecinstwa biegajacej z miotla, to jeszcze bardziej nie mam ochoty by zapamietala balagan w naszym domu rodzinnym i wyniosla z niego jakies zle niechlujne zwyczaje. Tak wiec jestem sobie sfrustrowana cleaning princess na codzien, albo przynajmniej raz w tygodniu kiedy probuje ogarnac caly dom za jednym zamachem. Jak mi sie to uda to jestem bardzo szczesliwym Kopciuszkiem:) przez jeden dzien przynajmniej:)  

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wyrzuty sumienia

Smiem twierdzic, ze kazda kobiete w mniejszym lub wiekszym stopniu drecza wyrzuty sumienia. Smiem tez twierdzic, ze matki i zony zadreczaja sie duzo bardziej niz singielki. Ja oczywiscie nie jestem wyjatkiem. Wyrzuty sumienia mecza mnie kazdego dnia. I nie dlatego bynajmniej, ze ktos z mojego otoczenia oskarza mnie o zaniedbania i wytyka mi moje niedoskonalosci. O nie nie, podobnie jak miliony innych kobiet robie to sobie sama:) Same sie torturujemy i wytykamy sobie swoje wlasne bledy, porownujemy sie do innych "super matek i super zon", ktore sa wspaniale zorganizowane, maja nieskazitelne i dobrze wychowane dzieci, blyszczacy czystoscia i swiezoscia dom, cudownego meza i jeszcze robia jakas zabojcza kariere - jak nam sie przynajmniej wydaje:) W gruncie rzeczy pewnie nawet one, te super mamy, maja wyrzuty sumienia...
A jakie? Oooo rozne rozniste:) Te ktore pracuja, maja sobie za zle, ze spedzaja malo czasu z dziecmi, te, ktore nie pracuja - jak ja na przyklad, ze nie zarabiaja i nie wykorzystuja swoje wyksztalcenia, na ktore przeciez tak ciezko pracowaly. Wstydzimy sie, ze nie udaje nam sie ogarnac wszystkiego, ze jestesmy zapoznione, ze nie dbamy o siebie, ze nie bawimy sie tyle z dziecmi ile bysmy chcialy, ze pozwalamy im ogladac za duzo telewizji, ze dom nie lsni, ze prasowanie czeka, ze za malo czytamy, ze sie nie udzielamy w szkole, ze paznokcie nie zrobione, ze myslimy o sobie za duzo, ze nie mamy cierpliwosci, ze za duzo wydajemy, ze podloga brudna, ze nie wyslalysmy kartki urodzinowej, ze ziemniaki sie przypalily, ze pozwalamy dzieciom jesc slodycze, ze przytylysmy a mialysmy schudnac, ze sie frustrujemy byle czym, a  mialysmy zamiar byc radosne jak skowronki itd itp
Moje pytanie brzmi: czy jakis facet mysli o tym? Nie sadze. Oczywiscie sa pewnie wyjatki, ktore potwierdzaja jedynie regule. Moim zdaniem wiekszosc mezczyzn nie martwi sie o TAKIE rzeczy. Pewnie dlatego ze mniej sie od nich oczekuje, nie czuja presji, nikt nie ma do nich pretensji, ze dziecko poszlo do szkoly w brudnej bluzie, albo nie przynioslo projektu na czas, nikt nie spoglada z poblazaniem na nich kiedy w domu panuje totalny chaos. Wina zawsze spada na kobiete. I my zdajemy sobie z tego z sprawe, pewnie dlatego tak sie boimy co inni powiedza, bo na pewno skomentuja, albo pomysla cos ...
I co na to poradzic? Przyzwyczaic sie chyba trzeba. Jakos radzic sobie, starac sie nie przejmowac tak bardzo....Nie wiem. Ale przede wszystkim nie udawac przed innymi kobietami, ze tak wspaniale sobie radzicie jesli tak nie jest, bo klamac jest nieladnie to po pierwsze, a po drugie wpedzacie te biedaczki w jeszcze wieksze wyrzuty sumienia.
Ja staram sie nie sciemniac ludziom. Mam czysto kiedy goscie przychodza, ale ich zachwyt ucinam w pol slowa tlumaczac, ze sprzatalam pol dnia bez wytchnienia przed ich przyjsciem:) i owszem ugotowalam duzo, ale na przyklad nie zdazylam umyc wlosow - cos za cos, nie jestem supermenka:)
Wiec nie przejmujecie sie, nie zadreczajcie, nikt nie jest doskonaly.

piątek, 13 stycznia 2012

Zumba i yoga

W listopadzie przestalam sie opierac i zapisalam sie silownie czyli z amerykanska na gym. Wczesniej twierdzilam, ze absolutnie nie mam czasu zeby jezdzic cwiczyc gdzies, moge sobie sama w domu  gimnastykowac sie i korzystac z naszej maszyny w garazu...ale juz mi sie znudzilo. Poza tym nie widzialam wiekszych rezultatow tego mojego domowego cwiczenia. Wiec kiedy poznalam pewna Polke, ktora chodzi na zajecia z zumby do gym stwierdzilam ze sprobuje. Nie wiem czy w Polsce zumba tez jest tak popularna jak u nas...? Polega to na tanczeniu do krotkich, acz intensywnych ukladow tanecznych, podkladem sa zazwyczaj jakies szybkie numery latino, dance albo techno. Niby nic takiego, potrzesiesz troche kuprem na parkiecie, nic wielkiego, latwizna...kazdy to potrafi. Jak sie okazuje nie kazdy:( Moje poczatki byly trudne, czulam sie jak kloda drewna probujaca tanczyc salse, wygladalo to jeszcze gorzej, az mi bylo wstyd zerkac na siebie w otaczajace sale lustra. Nie moglam nadazyc, moje czlonki nagle staly sie  duzo za dlugie, sflaczale i bardzo trudne do opanowania. Inne kobiety ruszaly sie sexownie podczas gdy ja wygladalam idiotycznie jak jakas wyrosnieta zyrafa opozniona motorycznie dodatkowo:(  Przekonalam sie, ze nie ma we mnie ani kropelki krwi latino niestety. Na domiar zlego po dwoch pierwszych piosenkach zaczelam ciezko dyszec i intensywnie sie pocic, w polowie juz widzialam mroczki i zaczelo mi sie robic slabo, ale nie zrezygnowalam. Dotrwalam do konca i nawet zdolalam doczolgac sie do samochodu:)
Olus w tym czasie bawil sie z dziecmi innych matek w specjalnym kids club.
Mimo tak ciezkich poczatkow wrocilam na kolejne zajecia, chociaz nie jest moim hobby bynajmniej robienie z siebie debilki publicznie. Ale za kazdym razem wychodzilo mi coraz lepiej chociaz trzesienie tylkiem w moim wydaniu wyglada jakbym dostala drgawki epileptyczne:)
Rownolegle zaczelam tez chodzic na yoge. I tam to mi sie dopiero spodobalo...bo swoja ogolna fizjonomia wpasowalam sie w srednia klasowa. Wiekszosc uczestnikow byla dluuuga z chudymi czlonkami:) Co prawda dostalam niezle w tylek i bolalo mnie dokladnie wszystko. Cale szczescie, ze najpierw cwiczylam sobie w domu przez pare miesiecy, bo nikt tam nie bawil sie w opisywanie kazdej pozy, tak jak moja pani z nagrania przy ktorym sie uczylam.
Olus coraz lepiej znosi nasze godzinne rozstania i dzisiaj na przyklad wyszedl chyba jeszcze bardziej spocony z niz jego mama - tak sie intensywnie bawil z jakims chlopcem.
Czekam na jakies wymierne rezultaty. Na razie pozbylam sie chyba nadwagi swiatecznej.
A wam wszystkim polecam zumbe jesli lubicie sobie podylac i yoge jesli chcecie byc bardziej elastyczni i czuc sie lepiej na ciele i duszy:) I nie zrazajcie sie jesli wam na poczatku nie wychodzi, przeciez praktyka czyni mistrza:)


czwartek, 5 stycznia 2012

Nowy rok i nowe postanowienia

Swieta przelecialy tak szybko, ze ani sie obejrzelismy juz oblewalismy nadejcie nowego roku. Czas minal nam na jedzeniu, wypoczywaniu, jedzeniu, chodzeniu z dziecmi na spacery do parku, jedzeniu, chodzeniu do kina i jeszcze na jedzeniu:) W zwiazku z tym ponownie na mojej liscie postanowien noworocznych na pierwszym miejscu znowu pojawilo sie: Schudnac!:)
Co roku robie sobie taka dosyc pokazna liste - od 10 do 20 punktow. Na ktorej umieszczam rozne swoje marzenia, plany, zachcianki itd. Wiesiu sie ze mnie smieje, ale ja lubie miec cos do osiagniecia, jakies powazniejsze plany i zamierzenia - nawet jesli sa malo realne...Wychodze z zalozenia, ze trzeba do czegos dazyc, pracowac nad soba, miec jakies cele na oku. Ta lista mi przypomina, zebym sie bardziej starala. Na koniec roku sprawdzam i odhaczam odwalone punkty. Lista z zeszlego roku miala 19 punktow odfajkowalam 12 i pol. Niezly wynik moim zdaniem. Czytalam wiecej, cwiczylam regularnie, Maya jest w dobrej szkole, zrobilam badania kontrolne, zobaczylam San Francisco co bylo moim wielkim marzeniem, zorganizowalam swoje przepisy itd. Nie sa to moze wielkie rzeczy i duze osiagniecia, ale dla mnie byly wazne.
Teraz pracuje nad nowa i zawsze mnie to napawa nadzieja na nadchodzacy rok - ze niby uda mi sie wszystko zrealizowac...Chociaz nigdy sie to nie zdarza:) W tym nowo rozpoczetym 2012 roku chcialabym sie dobrze odzywiac i kontynuowac chodzenie na yoge i zumbe, ktore zaczelam jeszcze w listopadzie zeszlego roku. Powinnismy tez uprawiac jakies sporty rodzinne - w tym roku zmierzam zapoczatkowac jakies nowe rodzinne przyzwyczajenia.  Mam zamiar zrobic totalny remament w naszej szafie i pozbyc sie wielu wielu rzeczy, ktorych sie trzymam nie wiadomo po co. Planuje przerobic pokoj Olusia z babikowego na chlopiecy. Moje wielkie marzenie to swieta w Polsce w tym roku. Mam tez bardziej przyziemne plany jak na przyklad wizyta u dentysty i coroczny przeglad u ginekologa:), porzadek w garazu. Oraz bardziej dalekosiezne plany - jak pojscie do szkoly albo na jakis kurs zawodowy bo dzieci rosna i niedlugo beda siedziec w szkole obydwoje co pozwoli mi na pojscie do jakiejs pracy. Poza tym fajnie bylo by zmienic dom na wiekszy albo chociaz zmienic wreszcie te blaty w kuchni o ktorych marze od ponad roku. Moim marzeniem sa tez wakacje na Hawajach albo z cala rodzina w Chorwacji...Jest tego troche:) Jestem realistka i wiem, ze szanse na kupno nowego domu i wyjazd na Hawaje sa nikle, ale pomarzyc zawsze mozna prawda...:) A nuz sie spelni...

A tutaj poogladajcie sobie jak minela nam przerwa swiateczna:

wtorek, 20 grudnia 2011

Poszukiwania świątecznej atmosfery

No wiec przyznaje, ok, bez bicia:), na Florydzie jest fajnie, ale...nie kiedy zblizaja sie swieta Bozego Narodzenia. Niestety jakos nie potrafie sie odnalezc swiatecznie w tej pogodzie. A jest cudnie, aktualnie prawie 4-ta popoludniu termometr wskazuje 26 st Celscjusza, piekne slonce, delikatny wietrzyk, po prostu super, ale jakos niezbyt bozonarodzeniowo...Jeszcze w zeszlym roku bylo lepiej, bo chlodzik wczesniej przybyl, wszyscy zjechali do nas na swieta, wiec byly przygotowania - sprzatanie, gotowanie, taki przedswiateczny chaos i pospiech. W tym roku jedziemy do tesciow wiec nic takiego wielkiego nie gotuje, zakupow wielkich nie robie, bo prezenty zamowilismy przez internet w wiekszosci,  juz pod adres rodzicow,  zeby ich nie wozic w ta i z powrotem. Wiec jak wczoraj pojechalam szukac jakiegos ciuszka na swieta to z przerazeniem patrzylam na te tlumy w sklepach pedzace z siatami i obledem w oczach. W stanach swieta sa baaardzo skomercjalizowane niestety. Slabo pielegnuje sie wszelkie obrzedy i zwyczaje. Zdziwione ostanio uslyszalam jak jedna ze szkolnych matek z duma oswiadczyla, ze ona nie zamierza sie przemeczac wielkim gotowaniem i na Boze Narodzenie zrobi lasagne...Moje gratulacje naprawde.
Tak wiec w tych pieknych okolocznosciach natury i  przy totalnym obledzie zakupowym jaki tu panuje jakos srednio czuje ze swieta sie zblizaja. Ale staram sie sama wytworzyc ten nastroj - pieklismy pierniczki z dziecmi juz dwa razy, dzisiaj bedziemy robic wielkie lukrowanie, w ramach prezentu urodzinowego zabralam Maycie na balet "Dziadek do orzechow", choinka juz stoi od kilku tygodni, zdesperowana puscilam podczas jazdy samochodem nowa plyte Bubble - ta swiateczna, Olus zasnal:) Posprzatalam, zeby bylo jakos uroczysciej...Moze jak zajedziemy do tesciow to mi sie cos wlaczy bo tam troche zimniej jest.
Kiedy wymysla jakas maszyne teleportacyjna zebym mogla w pare minut przeniesc sie do Poznania i zasiasc do polskiej wigilii u moich rodzicow???

niedziela, 11 grudnia 2011

Zamieszanie przedświąteczne

Zamiast spokojnie rozkoszowac sie zblizajacymi sie swietami my nerwowo przygotowujemy sie do duzych zmian w naszym domostwie. Wiesiowi z dnia na dzien praktycznie zakomunikowano, ze jego pracowanie z lazienki konczy sie niestety i bedzie musial znowu zaczac podrozowac do swojego miejsca pracy. Kroi mu sie robota w Augusta Maine albo w Chicago...To oznacza dla Wiesia wczesne wstawanie, samoloty, wyjazdy, pokoje hotelowe, a dla nas zycie bez taty od poniedzialku do czwartku:( Kijowo:( I to tuz przed swietami. Juz jutro Wes leci do Maine na szkolenie. Ja zostaje sama z dzieciarami, i przygotowaniami do urodzin Mayci, ktore organizujemy w przyszla sobote juz. Musze tez pomoc w Mayci szkole w tym tygodniu, jej klasa bedzie reprezentowac Polske:) w projekcie szkolnym.  Do tego zapisalam sie na silownie i chodze na zumbe i yoge, Olus srednio znosi czekanie na mame w klubie dzieciecym:( I jeszcze wszyscy troje walczymy z alergia.
Z nowinek - Maya zaczela treningi w druzynie pilki noznej:) Juz miala pierwszy mecz! Jej druzyna nazywa sie: Susly:) Maya przezyla dwa zalamania nerwowe w czasie tej pierszej gry, ale pozbierala sie i dokonczyla mecz:)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Podziękczynnie

Indyk sie udał!!!! Przygotowania do obiadu dziękczynnego trwały cały dzień. Byłam wykończona ale jakże zadowolona kiedy wszystko wszystkim smakowało i indyk okazał się zjadliwy. Jak zawsze wszystko chciałam zrobić samodzielnie, bez żadnego chodzenia na skróty, gotowych półproduktów i ułatwień. Nie przepadamy za amerykańskimi papkami, daniami typu casserole czyli warzywnymi zapiekankami, więc tego rodzaju potraw - typowych dla tegoż właśnie dnia, nie uwzględniłam w ogóle w moim menu. Prócz indyka, którego nafaszerowałam ziołami, czosnkiem i cytryną i obsmarowałam ziołowym masłem i piekłam z obydwu stron, obracając go w połowie pieczenia, przygotowałam również sos na bazie rosołu z  indyczych wnętrzności i szyi z czerwonym winem i sama zrobiłam nadzienie, które zapiekałam osobno. Były tez "mashed potatoes" ale po poznańsku, dwa rodzaje żurawin - moje trochę pikantno - słodkie i mojej teściowej bardziej klasyczne. Zrobiłam słodkie ziemniaki z pomarańczowo - miętową gremolatą,  cytrynowa zielona fasolkę i sałatkę z konserwowanego selera, kukurydzy i ananasa. Na deser mielismy moj tort marchewkowy i sernik dyniowy mojej teściowej.
I stwierdzam, ze to swieto powinni nazwac dniem obzarstwa, bo wlasciwie na tym polega:)
Kolejnym wydarzeniem,  ktore mialo miejsce tuz po Swiecie Dziekczynienia bylo urodzinowe party niespodzianka, ktore zaplanowalysmy razem z siostra Wiesia by uczcic 40-lecie mojego mezusia.
Wymyśliłyśmy, ze skoro akurat przyjada do nas na to czwartkowe dziekowanie i objadanie wykorzystamy ten weekend po by absolutnie zaskoczyc Wiesia, bo jego urodziny wypadaja dopiero 9 grudnia. Plan byl wprost doskonaly - tak nam sie wydawalo...:) Rodzina przyjezdzala na Thanksgiving i ze wzgledu na prace Eli (siostry Wiesia) miala wracać juz w piatek. Tak wiec z zalem pozegnalismy gosci w piatkowe przedpoludnie...tyle ze oni zamiast na polnoc skierowali sie na poludnie do Naples gdzie, w mieszkaniu Eli, ktore zazwyczaj wynajmuje,  mialo odbyc sie party.
My mielismy jechac do naples w sobote niby na impreze do znajomych, i po drodze tylko zajechac do mieszkania Eli zeby niby zrobic pare zdjec wnetrza, by mozna bylo wystawic je na sprzedaz. I wszystko szlo zgodnie z planem. Tort zamowilam przez telefon - lodowy, z ulubionych lodow Wiesia Haagen Dazs, Ela miala go odebrac i porozwieszac dekoracje, ktore kupilam. Wiesiu wydawal sie nic nie podejrzewac, zwlaszcza kiedy Ela zadzwoniła poznym piatkowym wieczorem oznajmiajac ze dojechali do domu:). W sobote ociagalam sie z pakowaniem zeby wyjechac jak najpozniej bo goscie byli zaproszeni na 5ta popoludniu. Brałam ze soba troche zarcia na party tlumaczac ze to party jest takie skladkowe i kazdy ma cos przyniesc. Wiec wyobrazcie sobie moja panike kiedy po pol godziny jazdy Wiesiu stwierdzil, ze nie zajedzie jednak do tego mieszkania siostry, bo kiedy tam dojedziemy nie bedzie juz swiatla na zdjecia wiec bez sensu...zrobi to w niedziele rano. Przez ponad godzine jechalam cala zestresowana zastanawiajac sie co wymyslic zeby jednak zechcial pojechac na miejsce planowanej niespodzianki i nie zaczal nic podejrzewac moim namawianiem go. W koncu siegnelam po telefon i zadzwoniłam do Eli zawiadamiajac ja ze jednak nie zajedziemy dzisiaj zeby zrobic te zdjecia po czym udalam ze slysze jakoby mowila mi, ze nazajutrz mieli przyjechac tam nowi wynajmujacy lokal goscie. I niby oburzona zakomunikowalam Wiesiowi ze niestety nie moze zalatwic tej sprawy nastepnego dnia. Kiedy po tych perturbacjach w koncu zajechalismy na miejsce dalam znac telefonem ze podjechalismy ...ale troche za pozno i nie zdazyli sie do konca uciszyc wiec kiedy Wiesiu wyciagnal klucz spod wycieraczki i zaczal przekrecac go w zamku nagle zamarl spanikowany bo uslyszal jakies glosy i z przerazeniem w oczach wyszeptal: tam ktos jest...myslac ze to nowi rentownicy. A ja robiac glupia zdziwiona mine na to: tak???? przy czym nacisnelam szybko klamke i pchnelam drzwi( zeby Wiesiu nie zdazyl mi zwiac:)) za ktorymi czekali rodzina i nasi znajomi krzyczac: SUPRISE!!!
Jakbyście mogli zobaczyć jego minę:))) Zaluje ze ktos nie zrobil mu zdjecia. Stal calkowicie zszokowany chyba przez pare minut. Aja wreszcie sie rozluznilam, bo to oklamywanie meza i knucie za jego plecami bardzo mnie stresowalo.
Tak wiec ten Dziekczynieniowy dlugi weekend byl baaardzo udany, zwlaszcza, ze jeszcze w piatek udalo nam sie zakupic i przystroic choinke. To najwieksza chojna jaka mielismy dotychczas i po raz pierwszy nasze dzieci braly czynny udzial w dekorowaniu naszego drzewka:)
A wiecie za co dziekowal moj syn...? Za candy czyli cukierki:)))


poniedziałek, 21 listopada 2011

Corka swojego ojca

Nie jestem chwalipieta, ale dzisiaj czuje potrzebe pochwalenia sie swoim najnowszym osiagnieciem, a raczej umiejetnoscia, ktora posiadlam. A mianowicie szykujemy sie na Thanksgiving i odwiedziny rodziny Wiesia. Wiec zaczelam sprzatanie chaty...znowu jak co tydzien,  ale tez doszlam do wniosku ze czas ponaprawiac pare rzeczy przed przyjazdem gosci. Dla mnie taka wizyta to zawsze pelna mobilizacja, ktora motywuje mnie to zrobienia czegos co meczylo mnie od jakiego czasu, ale jakos nie mialam okazji sie tym zajac. I zaczelo sie od tego ze pozbylam sie zabawek z livingroom, pietrzyly sie i wylewaly z koszy co doprowadzalo mnie do szalu, bo w czasie dnia wszedzie sie walaly. Znalazlam taka specjalna szafke do zabawek Olusia, ktora - po wlasnorecznym rozmontowaniu wielkich metalowych polek, wstawilam do jego szafy. A wczoraj zdecydowalam, ze czas polozyc nowy graut czyli po polskiemu fuge w naszym prysznicu bo w jednej czesci sie jakos wyplukala i wyglada to nie ladnie. W zeszlym roku caly prysznic pieknie zrobil nam moj tata, ktory, bez wiekszej przesady,  jest w stanie naprawic prawie wszystko. A poniewaz ja zadnej roboty sie nie boje zabralam sie za fugowanie - tylko czesciowe, ale i tak jestem strasznie dumna z efektow swojej pracy. Wyglada pieknie. Wiesiu jak zwykle patrzyl na mnie troche dziwnie kiedy rozrabialam ta maz. Jemu by nawet do glowy nie przyszlo zeby to naprawic, bo on nawet nie zauwazal problemu.
Wychowana przez "zlota raczke" nie boje sie sprobowac swoich sil w kazdym przedsiewzieciu i jestem z tego dumna. Zawsze potrafie dosc trzezwo ocenic czy jestem w stanie cos sama naprawic, wymalowac, skleic, zlozyc, itd i efekty zazwyczaj sa dosc zadowalajace - przynajmniej dla mnie:) Nie starszne mi remonty, czy kladzenie podlog, uszyje, przykrece, przemaluje. Jestem po prostu corka swojego ojca:)

Trzymajcie kciuki zeby indyk mi sie udal! To bedzie  moj pierwszy indyk, mam nadzieje, ze bedzie zjadliwy bo to glowne danie naszego obiadu swiatecznego:)

środa, 9 listopada 2011

Jesien mamy piekna

Tak jak lato jest najbardziej wyczekiwana pora roku w Polsce i nikt nie moze sie doczekac slonca, ciepla, wakacji, plazy itd, tak jesien jest dla nas Florydian jak wymodlone, wyczekane zmilowanie. Po prawie 5 m-cach upalow, wilgotnosci, burz, spieczonych ramion i nosow, przepoconych koszulek i nie tylko:) przychodzi ulga:) Oczywiscie nie robi sie zimno z dnia na dzien, wlasciwie w ogole nie robi sie zimno. Temperatura spada tylko o pare stopni, ale jaka wielka roznice odczuwamy. Poranki i wieczory nagle staja sie chlodniejsze. Z zakamarkow szafy wyjmuje sie jakies lekkie sweterki i dzinsy. W nocy mozna nawet otworzyc okno i podelektowac sie swiezym powietrzem. Znika ta wszechobecna prawie 100% wilgotnosc, pojawia sie wiaterek, taka lekka przyjemna bryza,  o ktora modlilismy sie kazdego letniego dnia. Jest pieknie. Wciaz zielono, wciaz cieplo, ale skonczyly sie meczarnie, slonce mniej razi, samochod mniej sie nagrzewa na parkingu. Mozna isc na spacer do parku i spedzic tam cale godziny. Taaak jesien na Florydzie jest naprawde fajna, bo nie ma tego polskiego zalu za konczacym sie latem, strachu przed zimnem. Wszyscy sie ciesza, ze lato odeszlo ustepujac miejsca przepieknej pogodzie, ktora sprzyja spedzaniu czasu na dworze. Tutaj jesien to nie umieranie i spadanie tylko swego rodzaju odrodzenie, odetchniecie, odpoczynek, u nas jesien jest chyba najbardziej doceniana:)

wtorek, 8 listopada 2011

Dwa zwyciestwa! Hip hip hurra!

Chcialam sie pochwalic, ze wielkimi nakladami pracy i wysilku - w wiekszosci mojego, ale oczywiscie moich dzieci i meza tez jak najbardziej, udalo nam sie osiagnac dwie wielkie rzeczy, a mianowicie - Maycie bez kciuka w buzi i Olusia bez pieluchy w spodniach:)))
Pracowalismy nad tym juz wiele miesiecy bez wiekszych rezultatow, ale nie poddawalam sie i nareszcie moge stwierdzic ze udalo sie!!!
W kwestii Mayci musialam siegnac do dostepnych preparatow - specjalnego gorzkiego lakieru do paznokci, ktory skutecznie obrzydzil jej ssanie palucha. Do tego na noc nakladam jej jeszcze specjalny plaster, ktorego nie moze sciagnac i jego tez smaruje lakierem. I nie bylo latwo, bo Maycia zachowywala sie przez pierwszy tydzien jak na odwykowce. Serio na poczatku z przerazeniem zastanawialam sie co dzieje sie z moja corka - powroty histerii...? nerwowosc? ataki szalu  i placzu z byle powodu???? Ale juz sie troche uspokaja i dochodzi do siebie. Nie mogla sobie poradzic z brakiem swojego uspokajacza. Zawsze po szkole odreagowywala zmeczenie ssajac po kryjomu paluszka i nagle jej tego pozbawiono. Miala tez klopoty z zasnieciem. Aktualnie zamiast ssac palucha wacha swoj kocyk a zasypiajac wklada reke pod policzek, zeby jej nie kusila chyba:)
A Olusiowi zastosowalismy terapie golego tylka:), ktora nam poradzila nasza lekarz pediatra. Wprawdzie radzila weekend z golym tylkiem - Olusiowi potrzeba bylo prawie dwa tygodnie bez gatkow, ale teraz juz  wola siusiu i kupke. I tez nie obylo sie bez lez i ogolnej nerwowosci - zwlaszcza kiedy naszla go ochota na kupke. Doslownie nie wiedzial co ze soba zrobic, blagal zebym nalozyla mu pieluche, chowal sie po katach itd, ale w koncu zalapal. Jeszcze zdarzaja mu sie wpadki oczywiscie, wiec nosze ze soba rzeczy na przebranie, bo czasami tyle sie dzieje ze moj syn nie ma czasu myslec o zdazeniu do toalety na czas, ale wlasciwie moge stwierdzic, ze jest wytrenowany :)
Oczywiscie nie spoczywam na laurach, zamierzam nauczyc moja corke cierpliwosci - bo niestety nie posiada ani grama tej wlasnie cechy :((( a Olusia bedziemy probowac odzwyczajac od chodzenia na palcach, co chyba bedzie musialo sie wiazac w seryjnym gipsowaniu jego nozek - i to mnie naprawde przeraza, ale nie chce zeby sie pozniej z niego wysmiewano i zeby byl doroslym mezczyzna, ktory chodzi jak baletnica. Trzymajcie za nas kciuki, szczegolnie za dzieciary.

środa, 2 listopada 2011

Chorobzdziele

Zaczelo sie! Maya zaczela znosic ze szkoly rozne paskudztwa. Najpierw zwykle przeziebienia, sama przechodzila je lekko, reszta rodziny gorzej. Maya zawsze zapada pierwsza w piatkowy wieczor, w sobote dogorywa, w niedziele juz dochodzi do siebie by w poniedzialek ochoczo pobiec do szkolki (po nastepne chorobsko:)) Dlatego moja corka ma jak dotad zero niebecnosci, cwaniara.
Niestety w zeszly piatek polozyl ja jakis wirus zoladkowy, biedaczka wymiotowala wieczorem, w nocy i nawet jeszcze w sobote. Ale w niedziele juz czula sie lepiej, i wtedy przyszla kolej na Olusia. Ten rzygal dalej niz widzial cale sobotnie popoludnie i wieczor, nie wiem nawet ile razy bo stracilam rachube. Czuwalismy przy nim z miska do poznych godzin nocnych. Dostal tez troche rozwolnienia. Juz myslalam w nocy ze bede musiala go zabrac na pogotowie, ale przestal o polnocy i bardzo duzo pil w czasie i po calej akcji. Takze w poniedzialek juz mial sie duuuzo lepiej i nawet zabralismy go na trick-o-treating. Dzieciaki mialy frajde, ale nie wytrzymaly dlugo, zmeczylo ich szybko bieganie po domach. Wiec wrocilismy do chaty i same rozdawaly cukierki przebierancom. I wszystko juz zdawalo sie wracac do normy....kiedy to wczoraj wczesnym popoludniem poczulam lekkie krecenie w zoladku i mdlosci:( Po godzinie nie moglam juz wstac z lozka, chyba ze na kibelek gdzie mocno sciskajac miske oddawalam zawartosc zoladka w tak mocnych torsjach, ze wychodzilam stamtad spocona jak szczur. Po trzeciej takiej sesji - szlo gora i dolem jednoczesnie, wycofalam sie na drzemke. Po obudzeniu pierwsze co zobaczylam to blada trupia twarz Wiesia pedzacego do lazienki:(
Taaa to byl ciezki wieczor. Dzieci srednio rozumialy ze rodzicow zmoglo chorobsko w tym samym momencie - jeszcze sie nam taki kataklizm nie przydarzyl. Juz sie zastanawialam po kogo by tu zadzwonic blagajac o pomoc przy dzieciach, bo obydwoje w pionie mielismy koszmarne mdlosci. Ale jakos sobie poradzilismy. Cale szczescie, ze nasze dzieci nie sa mniejsze. I dzieki Bogu, ze nie przytrafilo nam sie to w czasie chorowania Olusia, albo w halloween bo dzieci bylyby baaardzo rozczarowane.

niedziela, 30 października 2011

Rocznica

Zbliza sie rocznica smierci mojego dziadka. Juz rok minal a ja wciaz jeszcze nie bylam na jego grobie:( Nie jestem wprawdzie zwolenniczka czestego chodzenia na cmentarze i odwiedzania miejsca pochowku regularnie jak robi to cala moja rodzina w Polsce. Chwala im za to. Ale ja pewnie nie odwiedzalabym grobu mojego dziadka tak czesto nawet gdybym tam mieszkala. Bo jego tam przeciez nie ma. Takie jest przynajmniej moje przekonanie. Nie moze go tam byc, bo czuje jego obecnosc przy mnie. I po roku od jego smierci juz nie odczuwam tej tragedii jako kompletna strate dla naszej rodziny. Zyskalismy naszego wlasnego aniola stroza:) Chcialabym jednak stanac na miejscu gdzie go pochowano za dwa dni, zapalic mu swieczke...Zal mi ze nie moge tam byc:( Poprosilam mame zeby kupila znicz w moim imieniu i jakies kwiaty. Wybrala wrzosy - to kwiaty mojego znaku zodiaku, moje kwiaty.
Tak wiec Dziadku te wrzosy to ode mnie. Mysle o Tobie kazdego dnia.

środa, 26 października 2011

Andzia i jej nieborak

Czasami, jak mam czas, czyli wlasciwie naprawde rzadko, przegladam sobie onet albo blogger w poszukiwaniu fajnych blogow do czytania. I zazwyczaj odchodze od komputera troche zniesmaczona i znudzona, bo jakos nie trafiam na zadne ciekawe posty interesujacych ludzi tylko na przynudne, smetne opowiesci znudzonych zyciem ludzi lub nastolatek, ktorzy maja chyba za duzo czasu i traktuja swoje blogi jak osobiste pamietniki, gdzie wypisuja co dokladnie robia kazdego dnia - a nie robia nic ciekawego:) Ale raz na jakis czas udaje mi sie znalezc blog naprawde wyjatkowy, wart poswiecenia mu mojego cennego czasu. I wczoraj wlasnie natrafilam na stronke blogowa Andzi - Andzia i nieborak , ktora walczyla z rakiem zoladka od poczatku 2010 roku. I spedzilam caly wczorajszy wieczor czytajac jej posty od poczatku do konca jej trudnej drogi - bo Andzia zmarla doslownie pare dni temu:(((( I jestem pod wielkim wrazeniem jej odwagi, optymizmu, poczucia humoru, sily i zdeterminowania. Bo to nie jest blog uzalajacej sie nad soba osoby, o nie! to blog dziewczyny cieszacej sie kazda chwila, ktora zostala jej ofiarowana, ktora walczy, poddaje sie kazdej operacji lub terapii dajacej jej choc cien nadziei na przezycie i pokonanie jej nieboraka, nie narzeka, nie jeczy, tylko probuje za wszelka cene zyc pelnia zycia wierzac, ze jej dobre, pozytywne nastawienie zwalczy ciezka chorobe. Niestety nie ma happy endu:(  Ale jest moral - trzeba sie badac, nie lekcewazyc symptomow i znakow, ktore daje ci twoje cialo. Znalezc lekarza z powolaniem, ktoremu zalezy na dobrym zdrowiu swoich pacjentow - Andzi udalo sie takiego odnalezc troche za pozno niestety. Nie dawac sie zbywac, byc swoim wlasnycm adwokatem i po prostu zyc,  nie narzekac na zla pogode, deszcz za oknem i strzykanie w kosciach, zlego szefa i niegrzeczne dzieci, bo w pewnym momencie mozemy sie modlic o tak blahe problemy i zloscic sie na siebie, ze nie korzystalismy z urokow zycia i nie cieszylismy sie towarzystwem swoich bliskich kiedy jeszcze mielismy na to czas i sily.