Ale ile stresu było....:(
Zaczęło sie we wtorek, 5 września. Jeszcze w poniedziałek mieliśmy Dzien Pracy, i jakoś nie sprawdzaliśmy prognozy pogody. Wcześniej słyszałam, że uformował się huragan, że nazwali go Irma - pomyślałam: co za złowieszcze imie...aż się prosi żeby zafundowała komuś nie lada spustoszenie.
We wtorek, Wiesiu wyjechał do New Jersey, gdzie teraz pracuje, a ja po robocie pojechałam do spożywczego tak sobie myśląc, że mam troche wody w domu, ale dokupię, tak na wszelki wypadek...Weszłam i natknęłam się na totalną pustkę w miejscu butelkowanej wody i spanikowanych ludzi wykupujących wszystkie puszki, baterie i inne produkty. Hmmm, stwierdziłam, że chyba trochę przesadzają...bo jeszcze dokładnie nie wiadomo gdzie się skieruje ten huragan... jak widac na załaczonym obrazku...
W środe z samego rana zadzwoniła koleżanka, że ona się ewakuuje. I czy my zostajemy... Wyjaśniłam jej, że na razie nie widzę potrzeby ewakuacji, poza tym ze swojego 15-letniego doświadczenia mieszkalnego tutaj wiem, że huragany zazwyczaj nie lądują bezpośrednio w Tampa Bay - zawsze zbaczały lub skręcały w drugą stronę, taki fenomen naszego położenia.
Ale słysząc rozmowy rodziców pod szkołą zaczęłam się niepokoić trochę, że tym razem jednak będzie inaczej...że ten huragan jest monstrualnie wielki i super silny, więc nawet jak przejdzie obok
nas może być niebezpiecznie.
Zaczęłam bacznej śledzić kierunek Irmy...


Spaghetti models, które pokazują możliwe przejście huraganu jednak cały czas jeszcze koncentrowały się na wszchodnim wybrzeżu Florydy, gwoli przypomnienia i dla czytelnikow mało znających geografię Florydy, my mieszkamy na zachodnim wybrzeżu, w centralnej jej części, tam gdzie na mapie widac taką małą zatoczkę - Tampa Bay:)
Ale zapobiegawczo podjechałam nawet do sklepu budowlanego w poszukiwaniu jakiś desek do zabicia okien, ale wyszłam tylko z 5 - galonowym karnistrem na benzyne i taśmą - wszystko było już wykupione:(
Po rozmowie z moją spanikowaną teściową postanowiłam podjąć wstępne przygotowania i nalałam benzyny do karnistra - była już tylko ta nadroższa i wyciągnęłam z zamrażalnika wszystek surowego mięsiwa w celu obróbki termicznej. Stres objawił sie już kilkoma wizytami w ubikacji. Szkoła dzieci ogłosiła, że się zamyka...
Koleżanka, która wyjechała na północ zadzwoniła, że jedzie sie strasznie, korki i tłumy ewakuujacych się z Miami i całej południowej Florydy:( dosłownie mordęga:(
W czwartek Irma przesunęła się niebezpiecznie blisko nas i wedługo przewidywań miała przechodzić przez środek Florydy. Nadal jednak byliśmy po troszke lepszej, zachodniej stronie huraganu...jednak kategoria 4-tej huraganu jeszcze nigdy nie było dane mi doświadczyć, więc panika nadal narastała:(


Nie poszłam do pracy, zostałam z dziećmi w domu, ale straciłam apetyt i moje rozwolnienie się nasiliło:( Podjęłam decyzję, że będziemy musieli jednak jakimś cudem zdobyć dechy na okna. W oczekiwaniu na powrót Wiesia, któremu ze względu na okoliczności pozwolono wracać troszkę wcześniej, przerobiłam mięsa, wyłowiłam z naszego recycling wszystkie puste butelki, które napełniłam przefiltrowaną wodą.
Spakowałam cała bizuterie, ważne dokumenty, sprawdziłam ile mamy latarek i baterii.
Zaczęłam dzwonić po sklepach budowlanych w poszukiwaniu desek, bez powodzenia:(
Zapowiedziałam Wieśkowi, że nie wiem jak to zrobi, ale jak wróci ma mi te dechy wytrzasnąć skądś....
Przestałam odbierać telefony od rodziny Wiesia, nie chciałam się jeszcze więcej denerwować.
W piątek Wiesiek wstał o 5:30 żeby znależć dechy, i o dziwo udało mu się, ale z kolei śrub specjalnych nie mieli...zaczęło się polowanie na śruby...
Przez parę godzin czułam się trochę lepiej...zwłaszcza jak Becia - moja przyjaciółka z Naples, zawiadomiła mnie, że jednak przyjmą nasze zaproszenie i ewakuują się do nas. Pomyślałam razem bedzie lepiej, damy radę:)
Zanim dojechali moje serce znowu było w gardle gdzieś...Irma ponownie przesunęła się na zachód.
I po ujrzeniu tej powyższej prognozy stwierdziliśmy, że nie ma co ryzykować i stresować się bardziej, spakujemy manatki i wszyscy razem pojedziemy do moich teściów. Jeszcze o północy zajechałyśmy z Becia zatankować, a rano panowie szybko zabili najwieksze nasze okna, wrzuciliśmy do samochodu najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy na północ:)
I nie wyobrażacie sobie jaką poczuliśmy ulgę:) Świadomość, że unikniemy przeżycia tej przerażającej nocy bardzo poprawiła nam nastroje. Obawialiśmy się korków i problemów na drodze, ale najwyraźniej wszyscy wyjechali już wcześniej bo dojechaliśmy do Charlotte bez żadnych komplikacji:)
Koniec końców Irma przeszła centralnie przez Naples - skąd ewakuowała się Becia - całe szczęście, ale skręciła na wschód tuż przed Tampa Bay i osłabiła sie do kategorii 1-szej na naszej wysokości:) Z relacji sąsiadów wiem, że nasze osiedle nawet nie straciło prądu, aczkolwiek po powrocie widzieliśmy przewalone stare drzewa w naszym mieście, na szczęście nie u nas:)
Fenomen naszej lokalizaji znowu zadziałał:)
Szkoła dzieci pozostała zamknięta przez cały następny tydzień, w sklepach pustki:(((
Ale w Naples było dużo, dużo gorzej - brak benzyny, prądu, jedzenia w sklepach...nawet ogłosili godzinę policyjną...Wokół domu naszych znajomych padły trzy drzewa:(
Mieszkam tutaj już 15 lat i przeżyłam kilka huraganów, ale żaden mnie tak nie zestresował jak ten:(
I często mówię i piszę tutaj też, że żyjąc na Florydzie żyje się jakby bliżej natury, bliżej nieba i przyrody ale tym razem Pani Natura sobie lekko przesadziła z demonstracją swojej siły i możliwości...Mam nadzieje, że będzie odpoczywać pare następnych lat i da nam spokój...
Dziekuję wszystkim, którzy sie do nas odzywali zaniepokojeni, dziękuję za troskę, modlitwy, trzymane kciuki, ciepłe myśli - najwyraźnie poskutkowały:)))