Blog Asiulka (Joanny Kalinowskiej) - żony, matki, emigrantki. Opisuję nasze życie rodzinne na Florydzie, gdzie mnie przywiało a mąż pstryka fotki. Miłego czytania i oglądania!
wtorek, 28 maja 2013
środa, 15 maja 2013
Absolutny brak nudy
Jedna ze znajomych mi mam zaczela nagle starac sie o prace. Stwierdzila, ze sie nudzi w domu, juz nie moze wytrzymac i musi sobie znalezc jakies zajecie. Ze zrozumieniem niby przytaknelam, ale potem przez reszte dnia zastanawialam sie jak ona moze sie nudzic majac trojke dzieci...?Dlaczego ja sie nigdy nie nudze...? Jeszcze mi sie nie zdarzylo zebym powiedziala ani nawet pomyslala, ze nie mam co ze soba zrobic w domu. Wrecz przeciwnie moja doba zawsze jest za krotka. Nigdy nie zdarza mi sie chwila kiedy znudzona zastanawiam sie czym by sie tu zajac. Ja pedze przez kazdy dzien, tydzien probujac ogarnac wszystkie swoje obowiazki, zdazyc tam gdzie powinnam byc na czas, zalatwiajac wszystkie niecierpiace zwloki sprawy. I w tym aktualnym momencie mojego zycia nie wyobrazam sobie bym zdecydowala sie szukac pracy z nudy. Wiem, ze za rok, kiedy Olus pojdzie do regularnej szkoly bede miala czas i energie, ktore moglabym spieniezyc pracujac gdzies chocby na pol etatu, ale teraz...nie brakuje mi roboty. I nie wiem czy biore na siebie zbyt wiele, za bardzo sie staram, w zbyt wiele domowych projektow sie angazuje... czy po prostu jestem kobieta innej masci - domatorka pielegnujaca bez konca domowe pielesze i swoja rodzine..., ktora nie interesuje az tak bardzo siedzenie w kasie banku, przy biurku, wychodzenie z domu w celach zarobkowych... Wychodze z zalozenia, ze dzieci podrosna i nie beda mnie juz tak bardzo potrzebowac i wtedy poszukam sobie jakiejs pracy i bede sobie zarobkowac az zostane babcia - bo zamierzam byc wspaniala babcia (jesli bedzie mi to dane:))
A a propos projektow - kolejne juz mamy w zanadrzu:) Zakupilismy mozaike z miniaturowych plytek, ktore polozymy na scianach naszej kuchni, wynajelismy do tego robotnika, bo balam sie zabierac za to sama, nie majac zadnego doswiadczenia. Ale wczoraj wpadlam na pomysl zmiany obic na krzeslach, wydaje sie nie byc zbyt skomplikowane wiec zamierzam wykonac to sama:) Zobaczymy co mi z tego wyjdzie...:)
A teraz lece matkowac, pa!
sobota, 11 maja 2013
Konkurencja i poczucie winy won!
Czasami, a wlasciwie czesto, mam wrazenie, ze biore w udzial w jakis tajemniczych zawodach, ktore maja udowodnic kto tak naprawde jest wspaniala matka dla swoich dzieci. Niby nikt nie krzyczy: gotowi do startu...niby nigdzie nie widac mety tego calego wyscigu i nikt sie nie przyznaje, ze bierze w ogole w nim udzial...ale czuje, ze jestem oceniana, albo co gorsza sama sie oceniam!!! Kazdy moj krok jest odnotowywany, kazda pomylka, kazde niedopatrzenie dostrzezone - nawet jesli tylko przeze mnie:)I jesli wedlug czyjejs lub swojej wlasnej opinii nie daje rady wspiac sie na wyzyny dobrze zorganizowanego i przemyslanego matkowania wpedzam sie w poczucie winy. Caly czas sie porownuje, lub jestem porownywana do innych osobniczek mojej masci, moje decyzje rodzicielskie sa nieustannie analizowane. Zdrowie, umiejetnosci, zachowania moich dzieci odzwierciedlaja wszystkie moje starania, jesli choruja, maja problemy w szkole, zle maniery oraz nie potrafia kontrolowac swoich reakcji to znaczy, ze zawiodlam jako matka. I nie wiem dlaczego my kobiety wpedzamy sie w takie gierki, dlaczego same sobie to robimy...? Czy tak samo jest w Polsce? Moze to tylko tutaj, w stanach istnieje takie ukryte wspolzawodnictwo??? Bo ja czesto gesto odczuwam presje otoczenia zeby moje dziecko chodzilo do najlepszej szkoly - nawet jesli ow przybytek zlokalizowany jest wiele mil od mojego miejsca zamieszkania, mialo zadowalajaca ilosc zajec pozalekcyjnych, uczylo sie na odpowiednim - czyt: najlepszycm poziomie, odzywialo sie jak najbardziej zdrowo czyt: organicznie itd. I oczywiscie nie zawsze ulegam tym naciskom, niektore mnie smiesza, niektore po prostu olewam, na niektore mnie nie stac, albo nie mam na nie sily. I w wiekszosci przypadkow czuje sie z tym ok, ale czasami dopadaja mnie wyrzuty, ze moze nie staram sie zbyt dostatecznie...moze nie zapisujac swojej latorosli na jakies zajecia sportowe lub inne zamykam jej droge do wielkich osiagniec a nawet kariery...moze nie otrzymuja odpowiedniej ilosci witamin i mineralow dlatego zachorowaly ostatnio...I czyja to wina? Moja!
Czesto nie trzeba nawet zadnych slow, wystarczy tylko karcace spojrzenie, wyraz twarzy - pelen ubolewania dla twoich rodzicielskich zdolnosci. Jesli ktos wyrazi niepochlebna opinie o twoim dziecku odczuwasz jakby to wlasnie ciebie krytykowal. Strasznie sie przejmujemy, jestesmy lekko przewrazliwione na tym punkcie. Mimo, ze nikt sie do tego nie przyzna wszystkie pretendujemy do tytulu super mamy, ktory tak nawiasem mowiac jest absolutnie nieosiagalny.
Niedawno w polskiej telewizji mowili o tym, ze mezczyzna z dzieckiem jest atrakcyjniejszy, i ze niby wynika to z tego, ze dla mezczyzny dziecko jest osiagnieciem, jego wlasnym prywatnym sukcesem, ktory pcha przed soba w wozku. Nie dziwota, ze wydaje sie przystojniejszy i bardziej meski - on promienieje po prostu, jest dumny z siebie, bo jest tata, splodzil dziecko przeciez!!!:) A my kobiety...gdzie nasz blask?, czemu nie chodzimy dumne od rana do nocy tylko zamartwiamy sie losem swojego dzieciecia i wlasnymi niedociagnieciami jako matki????
Zbliza sie Dzien Matki - w stanach juz tej niedzieli, moze wiec choc na jeden dzien zapomnijmy o tej maminej rywalizacji. Podniesmy glowe do gory i poklepmy sie po plecach za dobrze wykonana robote. Bo kto chodzil z brzuchem 9 dlugich miesiecy? Kto w wielkich bolach wypchnal malenstwo na swiat? Kto sluzyl za urzadzenie karmiace i przewijajace przez cale niemowlectwo? Kto dba, troszczy sie, pilnuje, karmi, doglada itd ? Lista "osiagniec" nie ma konca wiec przestanmy sie zameczac i zamartwiac. Zamiast wyrzutow sumienia odczuwajmy dume, badzmy atrakcyjnymi mamami z calym bagazem sukcesow w modnej torebce - bo powiedzmy sobie szczerze mamy ich wiecej niz tatusiowie:)))
piątek, 10 maja 2013
Herbatka dla Mam
czwartek, 9 maja 2013
Sesja zdjęciowa Mayci
Jak co roku przed recitalem w szkole baletowej Mayci zoorganizowano sesje zdjeciowa w pelnym rynsztunku pokazowym:)
Przygotowanie corci na owa okolicznosc zajelo mi dobra godzine!!! Wysmyczenie perfekt "bun" z maycinych rozwichrzonych wlosow siegajacych niemalze pasa jest nielada wyczynem i wymaga skorzystania z wielu wygladzajacych i utrwalajacych produktow do wlosow, a uszminkowanie to juz w ogole dla mnie wyzsza szkola jazdy, bo ja nigdy nie uzywam pomadki i nie mam wprawnej reki.
Ale rezultat mojej ciezkiej byl naprawde zadowalajacy i zdjecia wyszly naprawde ladnie:) Oto rezultaty:
poniedziałek, 6 maja 2013
Peachy house
Zmeczona acz dumna moge wreszcie z ulga i satysfacja oglosic, ze malowanie naszego domu uwazam za zakonczone!!!
Domek jest aktualnie bardzo peachy czyli wyglada jak jasniutka brzoskwinka:) Jest odswiezony, wszystkie dziury, pekniecia i rysy naprawione i zamalowane czyli totalne odnowienie. I chcialabym tutaj sie pochwalic, ze wszystko ja sama jak Zosia Samosia, ale mezus duzo pomogl:) Bo przyznam sie wam szczerze ciezko bylo - sciany domu to nie to samo co sciany pokoju!!! Chropowatosci i nierownosci utrudnialy mi bardzo pokrywanie farba i mimo, ze bardzo sie staralam i nameczylam koszmarcie i dorobilam sie strasznych odciskow oraz bolacych miesni to nawet w polowie tak dobrze mi nie szlo jak Wieskowi. On mial sile potrzebna do odpowiedniego przycisniecia walka i w jeden dzien machnal polowe domu:) Koniec koncow on zajal sie duzymi powierzchniami walkujac je rolkami a ja detalami i wszelkimi pracami na wysokosciach. Moje paznokcie od miesiaca sa w tragicznym stanie, kilka razy lecialam po dzieci do szkoly pokryta farba, wczoraj zamaczalam sobie swiezo wysmyczone od fryzjerki wlosy w farbie:( Ale co tam, ciesze sie, ze zakonczylismy ten projekt i zaoszczedzilismy pewnie z 2 tys$ uzywajac naszej wlasnej robocizny i korzystajac z wielkiej przeceny.
Przed:
........i po...
Przed:
piątek, 3 maja 2013
Piękniejsza kuchnia:)
Od dzisiaj nasza kuchnia jest o niebo piekniejsza, a wlasciwie o blaty...bo wreszcie mam te moje granitowe blaty! Ja zdaje sobie sprawe, ze niektorym z was moze sie to wydawac dziwne i nawet troche glupie, ze tak strasznie chorowalam na te blaty, ale ja uwielbiam upiekszac i udoskonalac nasz dom. Co chwila wymyslam zmiany, ktore maja moim zdaniem polepszyc nasz komfort, ufunkcjonalnic nasz domek jeszcze bardziej. Te blaty byly mi koniecznie potrzebne do szczescia, bo nie moglam juz patrzec na te stare i nie mialam juz sily do bezuzytecznego szorowania, dzieki ktoremu i tak nie wygladaly ani grama lepiej:( Oszczedzalam i czekalam na nie dlugo - w miedzyczasie wydalam polowe oszczednosci na wyjazd do Polski, bo przeciez blaty moga poczekac a stesknione serce nie:) I dzis przyszli dwaj panowie i rach ciach wywalili te stare dechy i zalozyli piekne granity pod tytulem: white river:) Chcialam rozjasnic ta kuchnie nasza skromna i sprawic zeby wygladala na wieksza i czysciejsza i chyba udalo nam sie to osiagnac:)))
Zreszta zobaczcie sami:)
piątek, 26 kwietnia 2013
Nie daleko pada jablko...
Jestem dosc wysoka jablonia i zrodzilam dwa ladne jabluszka:) Ale jedno upadlo znacznie zblizej mojego pnia anizeli drugie:) I nie pisze tutaj o wygladzie, bo i tak nikt nigdy mi nie wierzy ze jestem ich matka dopoki nie zobacza mojego meza. Ale wystarczy spedzic z nami troche czasu by sie przekonac, ze jestem matka swojej corki. Im dluzej moja niemalze czarno-oka latorosl chodzi po tym swiecie tym wiecej dostrzegam w niej siebie - ale jakby zwielokrotniona:))) Bardzo mnie to bawi, ale czasem drazni niestety, bo nikt nie lubi patrzec na swoje wlasne wady, zwlaszcza kiedy parolatka potrafi je wyolbrzymic do granic mozliwosci.
Kazdego dnia obserwuje siebie w niej, bo....
jest strojnisia jak ja,
jest emocjonalna jak ja - cieszy i smuci sie calym sercem,
jest perfekcjonistka, jak ja,
jest towarzyska jak ja,
i uwielbia czytac juz!, prawie tak bardzo jak ja. Moj maly mol ksiazkowy zaczal juz swoja 5-ta ksiazke!!! kazda miala ponad 100 stron!!! co moim zdaniem jak na 7-mio latke jest duzym wyczynem. Poza tym czyta naprawde szybko - zupelnie jak mamusia:) Jest mala balaganiara niestety:( i sprzata jak juz trzeba - z przykroscia musze stwierdzic, ze chyba ma to po mnie,bo nigdy mnie nie interesowalo sprzatanie jesli nie widzialam drastycznych rezultatow:)))
Uwielbia sobie planowac, jak ja, i wyczekiwac z radoscia jakis milych wydarzen, okazji lub wyjazdow, to oczekiwanie przezywa rownie intensywnie jak samo wydarzenie - zupelnie jak ja:),
burmuszy sie strasznie i histeryzuje - czego ja juz nie robie, ale jako dziecko i nastolatka czesto chodzilam nadasana,
jest bardzo artystyczna, i choc talent do rysowania ma po tatusiu, to checi do produkowania bizurerii, wycinanek itp wyssala chyba z mlekiem matki,
i moglabym tak wymieniac a wymieniac, ale najbardziej mnie uderzylo to nasze "sklonowanie" kiedy Maya pewnego dnia przyszla zaprezentowac mi swoj pamietnik!!! Tak, moi mili moja 7-letnia coreczka, ktora calkiem niedawno opanowala umiejetnosc pisania prowadzi sobie pamietnik, w ktorym rejestruje wszystkie wazniejsze dla niej wydarzenia, wyjazdy, spotkania itd Bylam w szoku, bo prowadzenie pamietnika bylo do bardzo niedawna moja wielka pasja, ale ta zaczela sie dopiero w 5tej klasie szkoly podstawowej. Myslalam sobie, ze kiedys zachece moze troche moja corke by zaczela swoja wlasna pisanine...ale nie docenilam mego dzieciecia:))) Wyprzedzila moje plany, jakby juz gdzies miala zakodowane ze trzeba spisywac swoje przezycia, nie potrzebowala moich namow:)
Olus upadl blizej Wieskowego drzewa chyba, bo chodzi zupelnie jak on, co jest absolutnie komiczne, spi jak on i je tak duzo, gesto i mlecznie jak tatus. Do tego uwielbia zwierzaczki i wszelkie robale jak jego ojciec:) Mam nadzieje, ze odziedziczyl rowniez wieskowa dobroc, inteligencje i cierpliwosc i wyrosnie na takiego fajnego faceta jakim jest jego tatus:)
Kazdego dnia obserwuje siebie w niej, bo....
jest strojnisia jak ja,jest emocjonalna jak ja - cieszy i smuci sie calym sercem,
jest perfekcjonistka, jak ja,
jest towarzyska jak ja,
i uwielbia czytac juz!, prawie tak bardzo jak ja. Moj maly mol ksiazkowy zaczal juz swoja 5-ta ksiazke!!! kazda miala ponad 100 stron!!! co moim zdaniem jak na 7-mio latke jest duzym wyczynem. Poza tym czyta naprawde szybko - zupelnie jak mamusia:) Jest mala balaganiara niestety:( i sprzata jak juz trzeba - z przykroscia musze stwierdzic, ze chyba ma to po mnie,bo nigdy mnie nie interesowalo sprzatanie jesli nie widzialam drastycznych rezultatow:)))
Uwielbia sobie planowac, jak ja, i wyczekiwac z radoscia jakis milych wydarzen, okazji lub wyjazdow, to oczekiwanie przezywa rownie intensywnie jak samo wydarzenie - zupelnie jak ja:),
burmuszy sie strasznie i histeryzuje - czego ja juz nie robie, ale jako dziecko i nastolatka czesto chodzilam nadasana,
jest bardzo artystyczna, i choc talent do rysowania ma po tatusiu, to checi do produkowania bizurerii, wycinanek itp wyssala chyba z mlekiem matki,
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Wiosenne projekty
Nie pisze ostatnio bo nie mam za bardzo czasu i sily.
Zajmuja nas nasze najnowsze domowe projekty i chorobska niestety:( Choroby zabralismy w miniony weekend wreszcie do lekarza - ja kuruje chyba zapalenie oskrzeli i dzisiaj po raz pierwszy od kilku dni wypowiadam sie swoim pelnym glosem:) Olus zachorzal nam na obustronne zapalenie uszu. Obydwoje jestesmy na antybiotykach.
Nie przeszkodzilo mi to w kontynuowaniu naszego najnowszego zadania bojowego pod tytulem - malowanie domu z zewnatrz!
Wiekszosc amerykanow wynajmuje ekipy robotnikow do takich robot, ale ja nie jestem wiekszoscia amerykanow, nie boje sie pobrudzic raczek, pochodzic po drabinach i szkoda mi kasy, ktora musielibysmy wydac - skoro mozemy ja spozytkowac zupelnie inaczej. Ja bardzo lubie malowac, i w ogole lubie robic rozne rozniste rzeczy w i wokol domu wlasnymi ręcami:))) Tak wiec od jakiegos czasu przygotowywalam dom na wielkie odrestaurowywanie malujac spodnia czesc dachu - zajelo mi to pare dni, ale wreszcie w zeszly czwartek skonczylam. Zgodnie z planem, bo wlasnie w piatek zaczynala sie wielka przecena super drogich farb, z ktorej mielismy nadzieje skorzystac. Niestety piatek i sobote chorobsko bardzo dawalo o sobie znac, wiec dopiero wczoraj udalo nam sie wspolnie z Wieskiem zabrac do roboty. Ponownie wypozyczylismy wielka ponad 6-metrowa drabine by pokryc farba najwyzej polozone powierzchnie - moglam dostac sie na wszystkie poziomy naszego dachu i dosiegnac wszystkie wysooookie sciany naszego domu. To oczywiscie dopiero poczatek, ale za to naprawde porzadny poczatek:) Jak ukonczymy nasze dzielo na pewno sie pochwale:)
W miedzyczasie czekamy na ekipe robotnikow, ktorzy zerwa nasze istniejace blaty kuchenne i zaloza nowe - granitowe:))) To od kilku lat juz bylo moim marzeniem - spedzam w mojej kuchni baaardzo duzo czasu i bardzo mi zalezalo by ja troche odnowic i odswiezyc. Mam nadzieje ze efekt koncowy tej przemiany mnie bardzo zadowoli:)))
Tak wiec duzo sie dzieje! Bede was informowala o postepach i pokaze wyniki naszych wszystkich staran.
sobota, 6 kwietnia 2013
Coroczne zdjęcie rodzinne
Kazdego niemalze roku jedziemy na swieta do Pn Karoliny, do rodziny Wiesia i zawsze w Wielkanoc po kosciele ustawiamy sie przed domem cala rodzina i robimy sobie pamiatkowe zdjatko. Na poczatku zaciagalam wszystkich niemalze sila, zwolywalam po kolei, namawialam, na protesty odpowiadalam, ze niestety jesli chca pozniej dostac to zdjecie, podziwiac i wstawic w ramke - a zawsze chca:) to musza swoje odstac i wyszczerzyc zeby w usmiechu:) I...zapoczatkowalam chyba jakas tradycje w rodzinie Kalinowskich po w tegoroczne swieta to mnie wolali do zdjecia:)
Ja w ogole powinnam miec na drugie chociaz Tradycja:) bo uwielbiam je kultywowac, i przezywam bardzo jesli ktos mi popsuje szyki i zmieni lub zignoruje moje swiateczne zwyczaje. Moze przesadzam...ale jesli nie ja to kto przekaze je moim dzieciom...poza tym to moja namiastka domu rodzinnego - nie mam przy sobie swojej rodziny w kazde swieta, wlasciwie w zadne bo tylko dwukrotnie w przeciagu mojego zycia tutaj spedzalam je z moimi rodzicami - ale nie bracmi i dziadkami:(
Wiec robimy pisanki, idziemy ze swieconka i chowam w zakamarkach domu male prezenciki od zajaczka dla dzieci:) Nowa tradycja, ktora zaadoptowalam jest polowanie na jajka, ktore organizujemy dla dzieci - nigdy w Polsce tego nie robilismy, ale moze to tez sie zmienilo...
Zaluje tylko, ze Wielkanoc w Stanach to tylko jeden dzien i nie jest tak celebrowana jak w Polsce. Wszyscy pracuja do ostatniego momentu, nawet w niedziele wielkanocna widzialam pootwierane sklepy.
My sami sobie przedluzylismy swietowanie:) i w poniedzialek zabralismy na takie rancho, gdzie mozna podkarmic rozne rozniste zwierzaki poczawszy od lam, danieli, bawolow, zyraf, strusi, a skonczywszy na wielbladach, oslach i innych czworonogach:))) Dzieciary mialy frajde, ale nasz samochod po tej wycieczce wygladal jak stajnia:)))
Ja w ogole powinnam miec na drugie chociaz Tradycja:) bo uwielbiam je kultywowac, i przezywam bardzo jesli ktos mi popsuje szyki i zmieni lub zignoruje moje swiateczne zwyczaje. Moze przesadzam...ale jesli nie ja to kto przekaze je moim dzieciom...poza tym to moja namiastka domu rodzinnego - nie mam przy sobie swojej rodziny w kazde swieta, wlasciwie w zadne bo tylko dwukrotnie w przeciagu mojego zycia tutaj spedzalam je z moimi rodzicami - ale nie bracmi i dziadkami:(
Wiec robimy pisanki, idziemy ze swieconka i chowam w zakamarkach domu male prezenciki od zajaczka dla dzieci:) Nowa tradycja, ktora zaadoptowalam jest polowanie na jajka, ktore organizujemy dla dzieci - nigdy w Polsce tego nie robilismy, ale moze to tez sie zmienilo...
Zaluje tylko, ze Wielkanoc w Stanach to tylko jeden dzien i nie jest tak celebrowana jak w Polsce. Wszyscy pracuja do ostatniego momentu, nawet w niedziele wielkanocna widzialam pootwierane sklepy.
My sami sobie przedluzylismy swietowanie:) i w poniedzialek zabralismy na takie rancho, gdzie mozna podkarmic rozne rozniste zwierzaki poczawszy od lam, danieli, bawolow, zyraf, strusi, a skonczywszy na wielbladach, oslach i innych czworonogach:))) Dzieciary mialy frajde, ale nasz samochod po tej wycieczce wygladal jak stajnia:)))
czwartek, 28 marca 2013
Wesołego Alleluja!
W tym roku Wielkanoc doslownie absolutnie nas zaskoczyla, ni stad ni zowad juz jest za rogiem...Zero wyczekiwania, zero przygotowania, wszystko w biegu. Do tego pogoda jakas slabo wiosenna...zupelnie tez jakas nieprzygotowana...
W zeszlym roku o tej porze chodzilismy juz na basen, a dzisiaj w drodze do szkoly widzialam szron na dachach domow...Ale mowie wszystkim znajomym zeby nie narzekali, bo nie maja prawa! Pare zimnych nocy i chlodnych dni nawet jesli jest juz koniec marca nie upowaznia nikogo do uzalania sie nad soba. Szczekaja zebami, ale niewielu wpadnie na pomysl zeby sie cieplej ubrac:) Smiac mi sie chce jak widze flip flops przy paru stopniach powyzej zera...:)
Od dzisiaj ma juz byc cieplej, ale my dzis w nocy juz pedzimy do NC gdzie bedzie jeszcze zimniej niz u nas:)
Zycze naszym wszystkim czytelnikom milych, rodzinnych, wesolych i choc troszke wiosennych Swiat Wielkanocnych. Smakowitych jajec i niezbyt mokrego dyngusa bo przy aktualnej aurze to moze sie zakonczyc tylko przeziebieniem:)))
Wiesiu oznajmil mi dzisiaj ze tegoroczny marzec zostal nazwany - marchuary:)))
Miejmy nadzieje ze kwiecien przeplecie tez troche wiosny...
W zeszlym roku o tej porze chodzilismy juz na basen, a dzisiaj w drodze do szkoly widzialam szron na dachach domow...Ale mowie wszystkim znajomym zeby nie narzekali, bo nie maja prawa! Pare zimnych nocy i chlodnych dni nawet jesli jest juz koniec marca nie upowaznia nikogo do uzalania sie nad soba. Szczekaja zebami, ale niewielu wpadnie na pomysl zeby sie cieplej ubrac:) Smiac mi sie chce jak widze flip flops przy paru stopniach powyzej zera...:)
Od dzisiaj ma juz byc cieplej, ale my dzis w nocy juz pedzimy do NC gdzie bedzie jeszcze zimniej niz u nas:)
Zycze naszym wszystkim czytelnikom milych, rodzinnych, wesolych i choc troszke wiosennych Swiat Wielkanocnych. Smakowitych jajec i niezbyt mokrego dyngusa bo przy aktualnej aurze to moze sie zakonczyc tylko przeziebieniem:)))
Wiesiu oznajmil mi dzisiaj ze tegoroczny marzec zostal nazwany - marchuary:)))
Miejmy nadzieje ze kwiecien przeplecie tez troche wiosny...
poniedziałek, 25 marca 2013
Cocoa Beach
Dostalam ponaglenie od mojej rodziny zebym troche poblogowala znowu, bo sie niecierpliwili ze nic sie nie odzywam...
Nie pisalam, bo dzieci mialy przerwe wiosenna w szkole i musialam im jakos zorganizowac czas, a potem zrobilismy sobie mala wycieczke na wschodnie wybrzeze do Cocoa Beach. Kilku naszych znajomych spedzalo tam wakacje i chcialam zobaczyc co tam jest takiego ciekawego... I nic wielce interesujacego i unikalnego nie znalezlismy...ale plaza jest bardzo ladna, i fale na oceanie, wiaterek przyjemny. W drodze zahaczylismy o Bok Tower Gardens
na najwyzszym zniesieniu Florydy (az 90m ponad poziom morza:)))) Ta wieza jest noegotycka i art deco, ma 62 m wysokosci i na jej szczycie znajduje sie carillon czyli takie jakby organy z ponad 60 dzwonow. Codziennie wygrywaja na nich koncerty, my akurat zalapalismy sie na koncert na zywo. Wokol wiezy sa piekne ogrody i ze wzgorza jest ladny widok.
Dzieci byly zachwycone pobytem w hotelu, na plaze wbiegly jakby nidy w zyciu oceanu nie widzialy:)) Woda byla baaardzo zimna, ale troszke sie poplumkali, potem skorzystali z basenu hotelowego, mimo, ze woda w nim tez nie nalezala do cieplejszych cieczy - przynajmniej dla mnie. W ramach atrakcji wycieczkowych zabralismy dzieciary na mini golf co bardzo im sie spodobalo, chociaz Olus uprawial chyba hokey na trawie:)))
Wiesiu skorzystal z okazji i dwukrotnie o swicie zabral swoj aparat na wycieczke do rezerwatu ptasiego na Merrit Island - zrobil cudne zdjecia.
Milo bylo tak sie oderwac od codziennych obowiazkow - chociaz na 3 dni:)
Nie pisalam, bo dzieci mialy przerwe wiosenna w szkole i musialam im jakos zorganizowac czas, a potem zrobilismy sobie mala wycieczke na wschodnie wybrzeze do Cocoa Beach. Kilku naszych znajomych spedzalo tam wakacje i chcialam zobaczyc co tam jest takiego ciekawego... I nic wielce interesujacego i unikalnego nie znalezlismy...ale plaza jest bardzo ladna, i fale na oceanie, wiaterek przyjemny. W drodze zahaczylismy o Bok Tower Gardens
na najwyzszym zniesieniu Florydy (az 90m ponad poziom morza:)))) Ta wieza jest noegotycka i art deco, ma 62 m wysokosci i na jej szczycie znajduje sie carillon czyli takie jakby organy z ponad 60 dzwonow. Codziennie wygrywaja na nich koncerty, my akurat zalapalismy sie na koncert na zywo. Wokol wiezy sa piekne ogrody i ze wzgorza jest ladny widok.
Dzieci byly zachwycone pobytem w hotelu, na plaze wbiegly jakby nidy w zyciu oceanu nie widzialy:)) Woda byla baaardzo zimna, ale troszke sie poplumkali, potem skorzystali z basenu hotelowego, mimo, ze woda w nim tez nie nalezala do cieplejszych cieczy - przynajmniej dla mnie. W ramach atrakcji wycieczkowych zabralismy dzieciary na mini golf co bardzo im sie spodobalo, chociaz Olus uprawial chyba hokey na trawie:)))
Wiesiu skorzystal z okazji i dwukrotnie o swicie zabral swoj aparat na wycieczke do rezerwatu ptasiego na Merrit Island - zrobil cudne zdjecia.
Milo bylo tak sie oderwac od codziennych obowiazkow - chociaz na 3 dni:)
piątek, 1 marca 2013
Skad? I dlaczego?
Mialam tutaj umiescic cala skomplikowana historie mojego przybycia i pozostania w Stanach...ale przypomnialo mi sie ze juz o tym pisalam kiedys (bo ludzie sie dopytywali... ) 1 maja 2006 roku - Sprowokowane odpowiedzi!
Nie bede sie wiec powtarzac. Moge jedynie dodac pare bardziej lub mniej istotnych szczegolow bo wczesciej pisalam bardzo ogolnie.
Wyjazd do Stanow nie byl w ogole moim pomyslem, a mojego owczesnego narzeczonego. Nie podskoczylam z radosci slyszac te kosmiczne plany, bo nasz zwiazek powoli sie rozpadal i mialam przeczucie ze ten wyjazd nam absolutnie nie pomoze skoro nie moglismy jechac razem. Balam sie ze bedzie chcial zostac w Stanach - bo zawsze fantazjowal o emigracji...Obawialam sie, ze nie bedzie mnie stac na taki wydatek, ze bede tesknic za rodzina itd. Koniec koncow zaryzykowalam wyslanie swojego zgloszenia do programu tylko dlatego, ze mialam nadzieje spotkac sie z moja przyjaciolka Becia, w mojej sytuacji to byl jedyny sposob by ja odwiedzic, ale dowod wplaty pierwszej raty wypisal za mnie wyzej wymieniony pomyslodawca poniewaz sama nie mialam jeszcze w sobie tyle pewnosci by to zrobic:))) 3 tygodnie pozniej zerwalismy i zostalam sama z kilkustronicowa aplikacja, ktora musialam wypisac w jezyku angielskim...i po dluuuugim zastanowieniu sie wypisalam ja i wyslalam bo jako singielka i tak nie mialam zadnych planow na wakacje, stwierdzilam, co mi szkodzi...podszkole jezyk, zwiedze troche swiata, odwiedze Becie. Wize dostalam fuksem tez, bo pare dni po jej otrzymaniu zmienili przepisy i przyznawali je tylko studentom, ktorzy mogli pochwalic sie wpisem na nastepny semestr studiow, a ja je wlasnie konczylam, wiec nie moglabym takiego dokumentu pokazac. I dziwnym trafem zostalam wybrana przez Seacamp ma Big Pine Keys, ktory po telefonicznym interview zaproponowal mi tam prace - tylko pare godzin samochodem od miejsca zamieszkania Beci:)
Swoja prace magisterska oddalam 24 maja, 26 mialam obrone, 30 juz siedzialam w samolocie do Miami.
Emigracji nie planowalam, mimo ze pobyt na Keys bardzo mi sie podobal. W polowie wakacji wykupilam sobie lot z Miami do Nowego Yorku, bo Camp America gwarantowala powrot ale tylko z Nowego Yorku. Becia urabiala mnie przy kazdej okazji rozmowy, miala gotowy caly plan:))) To byla dla mnie najwieksza i najciezsza decyzja, dlugo rozwazalam swoje opcje - bo to niby lepsze zycie, o ktorym mowila wiazalo sie w moim przypadku z wieloma wyrzeczeniami - bycie nielegalnym immigrantem bo moja wiza sie konczyla, zrezygnowaniem z mojego wyksztalcenia, tesknota za rodzina i przyjaciolmi, ktorzy pozostali w Polsce. Ja nigdy nie marzylam o zyciu w Stanach, Stany mi nigdy nie imponowaly - bardziej smieszyly, ale w Polsce nie mialam jakis cudnych perspektyw...W koncu po ciezkich debatach ze soba i z bliskimi zdecydowalam ze zostane na troche, tylko zeby zarobic , podszlifowac jezyk - dzieki czemu mialabym lepszy start po powrocie.
W dniu mojego " planowanego wyjazdu" mialam pierwsza randke z Wiesiem i po powrocie juz wiedzialam gdzies w glebi mojego serca ze chyba bede musiala zrewidowac swoje pierwotne plany:)))
Nie jestem jednak jedna z tych panien z "Bachelor", ktore po pierwszej randce twierdza ze sa absolutnie zakochane, zajelo mi pare miesiecy bym zdala sobie sprawe, ze nie moge juz wrocic do Polski bo bede po prostu nieszczesliwa. Nie bylo zadnego konkretnego dnia, momentu, ani nawet rozmowy, w ktorym podjelam ta decyzje po prostu zostalam.
Piszecie ze mam wspaniale zycie, smieszy mnie to troszke, bo moje zycie naprawde nie jest tak cudowne jak sobie wyobrazacie, ale moja codziennosc jest moze troche mniej szara, mam mniej problemow na codzien moze, jest dobrze, jestem szczesliwa tutaj, stworzylam sobie taka namiastke polskiego domu, stworzylam rodzine, to jest moje szczescie i o tym zawsze marzylam. I nie wiem jak wygladalo by moje zycie w Polsce - na pewno bylo by bardziej rodzinne, na pewno bym pracowala, wykorzystywala swoje wyksztalcenie, na ktore tak ciezko pracowalam, spelnialabym sie zawodowo, i na pewno nie bylo by tragicznie:)
Zrezygnowalam z paru swoich ambicji, a moze tylko odsunelam czas ich realizacji na jakis czas..., rodzine w Polsce widze tylko raz na pare miesiecy lub lat, tak wiec nie jest tak wspaniale...Ale mam wspanialego meza, cudne dzieci - nawet jesli maja na sobie wiecej tluszczyku:), pogode za oknem, o ktorej zawsze mi sie marzylo w polsce, i mieszkam w kraju pelnym mozliwosci i milych usmiechnietych ludzi.
Czasami los, zbieg okolicznosci, przypadek, knowania najblizszych czy zwykle podjecie ryzykownej okazji plata nam figla i wywraca nasze zycie do gory nogami:)
Nie bede sie wiec powtarzac. Moge jedynie dodac pare bardziej lub mniej istotnych szczegolow bo wczesciej pisalam bardzo ogolnie.
Wyjazd do Stanow nie byl w ogole moim pomyslem, a mojego owczesnego narzeczonego. Nie podskoczylam z radosci slyszac te kosmiczne plany, bo nasz zwiazek powoli sie rozpadal i mialam przeczucie ze ten wyjazd nam absolutnie nie pomoze skoro nie moglismy jechac razem. Balam sie ze bedzie chcial zostac w Stanach - bo zawsze fantazjowal o emigracji...Obawialam sie, ze nie bedzie mnie stac na taki wydatek, ze bede tesknic za rodzina itd. Koniec koncow zaryzykowalam wyslanie swojego zgloszenia do programu tylko dlatego, ze mialam nadzieje spotkac sie z moja przyjaciolka Becia, w mojej sytuacji to byl jedyny sposob by ja odwiedzic, ale dowod wplaty pierwszej raty wypisal za mnie wyzej wymieniony pomyslodawca poniewaz sama nie mialam jeszcze w sobie tyle pewnosci by to zrobic:))) 3 tygodnie pozniej zerwalismy i zostalam sama z kilkustronicowa aplikacja, ktora musialam wypisac w jezyku angielskim...i po dluuuugim zastanowieniu sie wypisalam ja i wyslalam bo jako singielka i tak nie mialam zadnych planow na wakacje, stwierdzilam, co mi szkodzi...podszkole jezyk, zwiedze troche swiata, odwiedze Becie. Wize dostalam fuksem tez, bo pare dni po jej otrzymaniu zmienili przepisy i przyznawali je tylko studentom, ktorzy mogli pochwalic sie wpisem na nastepny semestr studiow, a ja je wlasnie konczylam, wiec nie moglabym takiego dokumentu pokazac. I dziwnym trafem zostalam wybrana przez Seacamp ma Big Pine Keys, ktory po telefonicznym interview zaproponowal mi tam prace - tylko pare godzin samochodem od miejsca zamieszkania Beci:)
Swoja prace magisterska oddalam 24 maja, 26 mialam obrone, 30 juz siedzialam w samolocie do Miami.
Emigracji nie planowalam, mimo ze pobyt na Keys bardzo mi sie podobal. W polowie wakacji wykupilam sobie lot z Miami do Nowego Yorku, bo Camp America gwarantowala powrot ale tylko z Nowego Yorku. Becia urabiala mnie przy kazdej okazji rozmowy, miala gotowy caly plan:))) To byla dla mnie najwieksza i najciezsza decyzja, dlugo rozwazalam swoje opcje - bo to niby lepsze zycie, o ktorym mowila wiazalo sie w moim przypadku z wieloma wyrzeczeniami - bycie nielegalnym immigrantem bo moja wiza sie konczyla, zrezygnowaniem z mojego wyksztalcenia, tesknota za rodzina i przyjaciolmi, ktorzy pozostali w Polsce. Ja nigdy nie marzylam o zyciu w Stanach, Stany mi nigdy nie imponowaly - bardziej smieszyly, ale w Polsce nie mialam jakis cudnych perspektyw...W koncu po ciezkich debatach ze soba i z bliskimi zdecydowalam ze zostane na troche, tylko zeby zarobic , podszlifowac jezyk - dzieki czemu mialabym lepszy start po powrocie.
W dniu mojego " planowanego wyjazdu" mialam pierwsza randke z Wiesiem i po powrocie juz wiedzialam gdzies w glebi mojego serca ze chyba bede musiala zrewidowac swoje pierwotne plany:)))
Nie jestem jednak jedna z tych panien z "Bachelor", ktore po pierwszej randce twierdza ze sa absolutnie zakochane, zajelo mi pare miesiecy bym zdala sobie sprawe, ze nie moge juz wrocic do Polski bo bede po prostu nieszczesliwa. Nie bylo zadnego konkretnego dnia, momentu, ani nawet rozmowy, w ktorym podjelam ta decyzje po prostu zostalam.
Piszecie ze mam wspaniale zycie, smieszy mnie to troszke, bo moje zycie naprawde nie jest tak cudowne jak sobie wyobrazacie, ale moja codziennosc jest moze troche mniej szara, mam mniej problemow na codzien moze, jest dobrze, jestem szczesliwa tutaj, stworzylam sobie taka namiastke polskiego domu, stworzylam rodzine, to jest moje szczescie i o tym zawsze marzylam. I nie wiem jak wygladalo by moje zycie w Polsce - na pewno bylo by bardziej rodzinne, na pewno bym pracowala, wykorzystywala swoje wyksztalcenie, na ktore tak ciezko pracowalam, spelnialabym sie zawodowo, i na pewno nie bylo by tragicznie:)
Zrezygnowalam z paru swoich ambicji, a moze tylko odsunelam czas ich realizacji na jakis czas..., rodzine w Polsce widze tylko raz na pare miesiecy lub lat, tak wiec nie jest tak wspaniale...Ale mam wspanialego meza, cudne dzieci - nawet jesli maja na sobie wiecej tluszczyku:), pogode za oknem, o ktorej zawsze mi sie marzylo w polsce, i mieszkam w kraju pelnym mozliwosci i milych usmiechnietych ludzi.
Czasami los, zbieg okolicznosci, przypadek, knowania najblizszych czy zwykle podjecie ryzykownej okazji plata nam figla i wywraca nasze zycie do gory nogami:)
środa, 20 lutego 2013
Hurra!
Od wczoraj mam w sobie duzo, duzo radosci bo moj brat wraz z cala swoja rodzinka dostali wizy!!!!
Czekalam na te wiesci z niecierpliowscia i niepokojem, bo od kilku lat juz probuje namowic mojego drugiego braciszka - Lukasza na przyjazd do nas i w tym roku wreszcie sie zoobowiazal i zaczal planowac wakacje u nas, ale...bez wiz nic by z tego nie wyszlo.
Od momentu otrzymania tej pomyslnej wiadomosci poczulam jakby wiatr zadmuchal w moje osobiste zagle:) Od razu zaczelam planowac przygotowania do ich wizyty. Dzieciaki sa tez strasznie szczesliwe bo przyjada do nich kuzyni - Dawidek i Filipek:)) Maya, jak jej mamusia, od razu zaczela snuc wielkie plany zwiedzania i roznych atracji, na ktore chce zabrac kuzynow. Nie moge doczekac sie min moich bratankow kiedy wezmiemy ich do Disney, Busch Gardens i Legoland.
Dla emigranta, ktory rzadko widuje swoja rodzine takie odwiedziny to niesamowita radosc. Zwlaszcza, ze bedzie to ich pierwsza wizyta u nas. Chce sie jak najlepiej przygotowac na ich przyjazd - zamierzam nawet pomalowac dom wewnatrz i na zewnatrz - bo i tak sie o to prosi, wiec mam duza motywacje, ktora mam nadzieje zmobilizuje mnie do dzialania.
Tak wiec w lipcu bedzie sie u nas dzialo, oj bedzie...:)
Czekalam na te wiesci z niecierpliowscia i niepokojem, bo od kilku lat juz probuje namowic mojego drugiego braciszka - Lukasza na przyjazd do nas i w tym roku wreszcie sie zoobowiazal i zaczal planowac wakacje u nas, ale...bez wiz nic by z tego nie wyszlo.
Od momentu otrzymania tej pomyslnej wiadomosci poczulam jakby wiatr zadmuchal w moje osobiste zagle:) Od razu zaczelam planowac przygotowania do ich wizyty. Dzieciaki sa tez strasznie szczesliwe bo przyjada do nich kuzyni - Dawidek i Filipek:)) Maya, jak jej mamusia, od razu zaczela snuc wielkie plany zwiedzania i roznych atracji, na ktore chce zabrac kuzynow. Nie moge doczekac sie min moich bratankow kiedy wezmiemy ich do Disney, Busch Gardens i Legoland.
Dla emigranta, ktory rzadko widuje swoja rodzine takie odwiedziny to niesamowita radosc. Zwlaszcza, ze bedzie to ich pierwsza wizyta u nas. Chce sie jak najlepiej przygotowac na ich przyjazd - zamierzam nawet pomalowac dom wewnatrz i na zewnatrz - bo i tak sie o to prosi, wiec mam duza motywacje, ktora mam nadzieje zmobilizuje mnie do dzialania.
Tak wiec w lipcu bedzie sie u nas dzialo, oj bedzie...:)
sobota, 16 lutego 2013
Sami
Jestesmy sami, samiutency, bez tatusia:( Pojechal w dluuuga delegacje, az na 8 dni. I dzieci sa absolutnie niepocieszone - zwlaszcza Olus. Mi tez jest ciezko, bo zazwyczaj Wiesiu po pracy duzo pomaga, wlasciwie przejmuje paleczke - zabawia dzieciarnie, przygotowuje kapiel, nawet kolacje i kladzie jedno dzieciatko spac a teraz wszystko spada na mnie. Naprawde chyle czola przed wszystkimi samotnymi matkami - to silaczki sa jakies!!! Nawet do napisania tego posta siadam juz od trzech dni, ale wciaz ktos mnie potrzebuje albo nie mam sily po prostu.
Walentynki spedzilismy sami tez, bo tatus juz byl wyjechany. Dostalam walentynke od Mayci - napisala cytuje: ...even if I think you are mean I still love you czyli ...nawet jak uwazam ze jestes zlosliwa to i tak wciaz cie kocham... Jak to milo z jej strony:)))
Poza tym walcze z alergia i jakas bakteria - kaszel, ktory i tak mialam nabral na takiej sile, ze tuz przed wyjazdem malzonka popedzilam do doktora, bo myslalam , ze swoje wnetrznosci wykaszle doslownie.
Maya miala sinus infection czyli zapalenie zatok, Olus nadal walczy z przeziebieniem, innymi slowy Wes opuscil nie domowe ognisko a szpital:)))
Miejmy nadzieje, ze powroci do zdrowej juz rodzinki.
Pogoda sie zrobila zdziebko zimowa, trzeba bylo wlaczyc ogrzewanie w nocy. Ale przynajmniej nareszcie po paru tygodniach upalow zimowych i plazowaniu mamy troche zimowej pogody tego roku.
Walentynki spedzilismy sami tez, bo tatus juz byl wyjechany. Dostalam walentynke od Mayci - napisala cytuje: ...even if I think you are mean I still love you czyli ...nawet jak uwazam ze jestes zlosliwa to i tak wciaz cie kocham... Jak to milo z jej strony:)))
Poza tym walcze z alergia i jakas bakteria - kaszel, ktory i tak mialam nabral na takiej sile, ze tuz przed wyjazdem malzonka popedzilam do doktora, bo myslalam , ze swoje wnetrznosci wykaszle doslownie.
Maya miala sinus infection czyli zapalenie zatok, Olus nadal walczy z przeziebieniem, innymi slowy Wes opuscil nie domowe ognisko a szpital:)))
Miejmy nadzieje, ze powroci do zdrowej juz rodzinki.
Pogoda sie zrobila zdziebko zimowa, trzeba bylo wlaczyc ogrzewanie w nocy. Ale przynajmniej nareszcie po paru tygodniach upalow zimowych i plazowaniu mamy troche zimowej pogody tego roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










