piątek, 18 marca 2011

Taka od serca

Czytalyscie kiedys "Anie z Zielonego Wzgorza"? Pamietacie jak Ania z Diana skladaly sobie obietnice ze beda przyjaciolkami na zawsze "takimi od serca"? Pomyslalam sobie, ze to strasznie dziecinne, nie mozna sobie postanowic ze sie bedzie bliskimi przyjaciolkami, niewiele mozna sobie poustawiac w zyciu tak jakby sie chcialo...ale przekonalam sie, ze istnieja wyjatki i czasami zyczenia sie spelniaja, plany realizuja, i wszystko jest tak jak sie sobie wymarzylo. I mozna tak pielegnowac przyjazn by trwala nie tylko latami, ale dekadami, a nawet dluzej. Wiem, bo mam "taka przyjaciolke od serca" :), ktora miala plan na swoje, a nawet na moje zycie i wszystko wypalilo, glownie dzieki jej samozaparciu, ciezkiej pracy, konsekwencji, sprytowi, poza tym wiadomo, ze dobry los sprzyja tym, ktorzy marza i mierza wysoko:)
Poznalysmy sie 30 lat temu na podworku, Becia wymyslila, ze najlepiej by bylo, gdyby nasze mamy sie zaprzyjaznily, snulysmy wiec scenariusze jak to nasze mamy najpierw beda sie witac bardzo oficjalnie, potem juz troszke mniej az zaczna zapraszac sie na kawe do swoich domow i plotkowac jak dobre kolezanki i ...tak sie wlasnie stalo. Nasze rodziny sie zaprzyjaznily, tak samo blisko jak my. Dlatego traktujemy sie jak siostry, ktorych nigdy nie mialysmy, bo praktycznie wiekszosc naszego dziecinstwa i dorastania spedzilysmy razem. Przezywalysmy razem nasze pierwsze nastoletnie zauroczenia, tragedie, razem sie odchudzalysmy, Becia nauczyla mnie jezdzic na rowerze, jej mama podsunela mi pierwsza ksiazke, ktora przeczytalam jednym tchem i stalam sie momentalnie molem ksiazkowym, bylysmy zawsze dla siebie oparciem, chodzilysmy wszedzie razem - myslano, ze jestesmy siostrami, potem kuzynkami.  To mnie Becia zaciagnela na dyskoteke, na ktorej zamierzala poznac swojego pierwszego chlopaka - taki miala plan:) i plan wykonala:), ten pierwszy chlopak okazal sie byc "tym" facetem i  Becia jest z nim do dzisiaj. Bylam swiadkiem na ich slubie - cywilnym w Polsce i koscielnym w Stanach - 10 lat pozniej. Becia miala zawsze wizje przyszlosci, szeroko zakrojone plany - po liceum wyemigrowala do stanow z zamiarem sciagniecia swojej drugiej polowy, zajelo jej to 6 dlugich, ciezkich lat, ale dala rade:)
Marzyla o swoim wlasnym bialym domku. Dla Adama (w polsce) to byla straszna abstrakcja....ktora jednak sie spelnila:) chociaz niecalkiem, domek nie jest ani bialy ani maly:)
Przez te lata naszej rozlaki pisalysmy sobie dlugasne listy, tesknilysmy strasznie, mialam nadzieje ze kiedys zdolam ja odwiedzic, kiedy wreszcie mi sie to udalo Becia zaczela pracowac nad zatrzymaniem mnie tutaj. Chciala miec swoja przyjaciolke na miejscu, stwierdzila, ze tego jej brakowalo do szczescia. Kuszace wizje o latwiejszym, lepszym zyciu w usa na podzialaly na mnie niestety wiec przedstawila mi kandydata na meza. Wszystko to w nadziei, ze sie zakocham i zaloze rodzine...a ktos mowil, ze nadzieja jest matka glupich...?  Wizja Beci o wspolnym wychowywaniu naszych dzieci, ktore beda sie przyjaznic ze soba tak jak my tez sie spelniaja. Ale Becia marzy dalej - ma nadzieje, ze jej Veronisia zakocha sie kiedys w moim Olusiu...i wiecie co w swietle wszystkich zrealizowanych i spelnionych planow mojej przyjaciolki stwierdzam ze wszystko jest mozliwe...
Ponoc "zycie nalezy umacniac wieloma przyjazniami"...moim zdaniem nie trzeba miec ich zbyt wiele, czasami wystarczy jedna a dobra a jeszcze lepiej z osoba, ktora wie czego chce - a nie chce nic zlego:)
Jutro Becia obchodzi urodziny - zycze jej by rozwinela skrzydla wyobrazni i marzyla sobie dalej, by sie nigdy nie zmieniala - zachwycala piekna pogoda, smiala jak zawsze  troche za glosno - jak wtedy kiedy bylysmy nastolatkami, tanczyla kiedy tylko nadarza sie okazja, byla taka mama jaka chce byc, by znalazla pare chwil tylko dla siebie kiedy sezon podatkowy sie skonczy i nie zamartwiala sie przyszloscia, bo i tak wszystko idzie tak jak sobie to postanowi:)
Sciskam Cie Becia, moja przyjaciolko od serca

piątek, 11 marca 2011

Amerykańskie przedszkole

Bylam wczoraj na spotkaniu dla rodzicow przyszlych przedszkolakow w naszej miejscowej podstawowce. Pomijajac fakt w jakim jestem strasznym szoku, ze to malenkie zawiniatko, ktore przywiezlismy ze szpitala niemalze...wczoraj ( tak mi sie przynajmniej wydaje:)) idzie juz do szkoly niedlugo, zszokowaly mnie warunki jakie sie oferuje przedszkolakom w amerykanskiej szkole. Pamietam swoja zerowke w podstawowce, a raczej w ogole jej nie pamietam, bo nie mam nic milego do wspominania. Nie wiem co my w ogole tam robilismy...nie przypominam sobie zadnej fajnej zabawy, chyba niczego sie tam nie nauczylam. Caly rok w tej zerowce mam zamkniety w jednym wspomnieniu - kiedy pewnego dnia nasza pani podekscytowana oznajmila ze zostalo nam jeszcze pare minut do konca zajec wiec pozwoli nam sie pobawic zabawkami zamknietymi w wielkiej szafie na koncu sali z odrapanymi lawkami, obiecywala nam to wielokrotnie, nigdy obietnicy nie spelnila, tym razem otworzyla szafe...a w niej bylo pare marnych, wybrakowanych zabawek. Co za rozczarowanie :) Pamietam dosklanie to uczucie kiedy udalo mi sie dorwac wreszcie po szarpaninie jedna z lalek, bez reki lub nogi i bez ubranka. Tragedia doslownie:(
No wiec wyobrazcie sobie moje zaskoczenie kiedy w ramach wyzej wspomnianego zebrania pozwolono nam odwiedzic wszystkie klasy przedszkolne - a bylo ich az 5, i byly ogromne - chyba dwa razy takie jak zwykla klasa w polskiej szkole. W kazdej klasie moze byc maximum 18 dzieci, ale w naszej szkole zazwyczaj jest ich 16 lub 17. Kazda wyposazona jest w umywalki - rozmiarowo dostosowane do wzrostu przecietnego przedszkolaka i toalete. Klasa podzielona jest na rozne centra - do pisania stoliki z krzeselkami, miejsce do czytania, to robienia roznych prac technicznych i artstycznych, wielkie tablice do pisania i zawieszania rzeczy, kolorowy dywan do siadania i bawienia w czasie tzw. Circle time. Na scianach porozwieszane sa rozne kolorowe plakaty z informacjami, pracami dzieci, kalendarz, doslownie wszystko o czym w tej chwili ucza sie dzieci i sa o ile dobrze pamietam po 3 stanowiska komputerowe. Jest przestrzennie, czysto, kolorowo, fajnie, sama chcialbym sie tam uczyc:) Dzieci codziennie wychodza na zewnatrz, na boisko i do parku szkolnego, beda mialy jedna godzine w tygodniu muzyki, za dobre wyniki w nauce dostaja nagrody i sa wyrozniane oficjalnie podczas specjalnych ceremoni, wymieniane podczas szkolnego programu radiowego. Maya moze dojezdzac do szkoly autobusem, ktory zabierze ja z naszego osiedla, moze isc rano na darmowe sniadanie, o 11:30 kazdego dnia dzieci sa zabierane na lunch do kafeterii - gdzie moga zjesc swoj lunch lub kupic sobie cos w szkolnym bufecie za 2.25$ - maja na to pol godziny. Powrot rowniez moze byc autobusowy, lub moge podjezdzac po nia samochodem w tzw. pick up line - wtedy podjezdzamy po kolei i dzieci sa ladowane do samochodow ( tak jak teraz zreszta). Zajecia przedszkolne trwaja od 8 - 2. Jesli do 9 rano dziecko nie pojawi sie w szkole i szkola nie dostanie zadnego telefonu z usprawiedliwieniem nieobecnosci szkola dzwoni do rodzicow z zapytaniem co sie stalo...i czy maja jakies usprawiedliwienie nieobecnosci dziecka ( to troche uniemozliwia wagarowanie:))
Musze napisac w jakich warunkach moje dziecko najlepiej sie uczy, jaki nauczyciel bylby najbardziej odpowiedni dla niej i po przejrzeniu tych rodzicielskich wskazowek dzieci zostana poprzydzielane do poszczegolnych nauczycielek.
Duzo sie tutaj w stanach mowi jak bardzo amerykanskie szkolnictwo jest niedoskonale, narzekaja strasznie, ale ciekawe co by powiedzieli na moja zerowke...Moze moje dziecko nie bedzie sie uczylo w piatej klasie podstawowki dokladnej budowy liscia i co to sa przetchlinki i innego tego typu pierdoly, no i dobrze, ale bedzie troche szczesliwsza, troche bardziej pewniejsza siebie niz ja w jej wieku i prawde mowiac troche jej zazdroszcze...

piątek, 25 lutego 2011

Cudnie jest...

Cudnie jest obudzic sie rano po dniu, w ktorym jakies przeklete chorobsko przyplatalo sie niewiadomo skad (chociaz czasami wiadomo!) i oplotlo twoje cialo jak jakas okropna pajeczyna totalnej bezsilnosci pozbawiajac cie jakiejkolwiek kontroli nad nim. Dobrze jest  nie czuc tego wszechogarniajacego zmeczenia  i obrzydliwych nudnosci, ktore nie pozwalaly ci normalnie funkcjonowac poprzedniego dnia. Ach jak wspaniale jest wstac z lozka nie jeczac z bolu i nie powloczac obolalymi czlonkami, w ktorych nie wiedziec czemu kazda chrzastka, kosc i miesien rwie, jakbys przed chwila skonczyla biec maraton. Co za ulga! Mozesz normalnie zaczac dzien, zrobic sobie sniadanie, wziac prysznic, ubrac sie, umyc nawet zeby zamiast wczuwac sie w sygnaly twojego organizmu, ktory jakos nie moze sie zdecydowac jaka droga pozbedzie sie calej zawartosci twojego zoladka. Fajnie jest nie zastanawiac sie caly czas rozpaczliwie: pojdzie dolem czy gora? i rozwazac czy juz czas zeby rzucic sie w kierunku muszli klozetowej? a jesli tak...czy ukleknac przed nia czy moze usiasc, a moze usiasc z miska w dloniach? Ufff jak dobrze miec za soba takie dylematy, nic nie boli, nic nie dusi,  to nic ze czujesz sie troche oslabiona,  to nic, ze cienie pod oczami, przynajmniej wczorajsza trupia bladosc i zimne poty zniknely. Nie musisz juz odpychac dzieci od siebie w panicznym strachu, ze je zarazisz. Dobrze jest wrocic do swoich codziennych obowiazkow, mimo ze zazwyczaj masz ich dosyc, tym razem jednak z radoscia szykujesz corke do szkoly, ubierasz syna, sprzatasz kuchnie po sniadaniu, wstawiasz pranie, i cieszysz sie, bo mozesz!!! w wczoraj nic nie moglas, nie moglas nawet siedziec, lezalas, zdychalas, nie mialas sily mowic, utrzymac dluzej otwartych oczu, nic cie nie obchodzilo, na to potrzeba krztyny energii Ty jej nie mialas. Jedzenie przestalo byc toksyczne, zapachy juz nie sa odrazajace i na pytanie meza: jak sie czujesz?  mozna wreszcie odpowiedziec: (bez jekow i ciezkiego wzdychania z grymasem cierpienia na twarzy) dobrze:)
Dzisiaj bylo cudnie:)

środa, 23 lutego 2011

Dramaty z naszej chaty

Ja wiem ze wszystkim wam sie wydaje, ze nasze dzieci to cudnie usmiechniete aniolki, ktore nigdy nie placza, nie marudza, nie miewaja zlego humoru. Tak wygladaja na zdjeciach przeciez...odpowiecie.
Otoz prawda jest ze nasze dzieci duzo sie usmiechaja, sa powszechnie uznawane za wiecznie wesole dzieciaki, i jesli zaplacza gdzies w towarzystwie ludzie leca na pomoc przerazeni, ze stalo sie cos strasznego, bo przeciez "one nigdy nie placza".  Taaa, nie wiem czy zdajecie sobie sprawe, ze takie dzieci nie istnieja, to mit, nie wierzcie we wszystko co widzicie, zwlaszcza na zdjeciach.
Moje dzieciary, zapewniam was, sa najzwyklejsze na swiecie. Zreszta wspominalam juz we wczesniejszym poscie o histeriach Mayci. Co prawda przeszly jej troche ale jeszcze wciaz potrafi zrobic wielki dramat z niczego. Czasami rece opadaja kiedy ma sie do czynienia z taka "drama queen":) Delikatnie mowiac nasza corka podchodzi do zycia bardzo emocjonalnie - jak jej mama:), czyli kiedy jest szczesliwa - szczescie tryska jej z uszu doslownie, potrafi sie cieszyc trzeba jej to przyznac, jej usmiech powala wszystkich, jak jest radosna jest po prostu pieknie. Ale jest rowniez druga strona medalu, bo tak mocno jak sie cieszy, nasza corka sie smuci. Smuci to za malo powiedziane, Maya przezywa niemalze codziennie wielkie dramaty swojej dzieciecej egzystencji. Powody sa czasami blahe, czasami totalnie bzdurne, czasami po prostu jest zmeczona i wtedy wystarczy nawet spojrzenie, uwaga, cokolwiek zeby pograzyla sie w totalnej ropaczy. A jak sie juz rozkreci to nie chce lub nie potrafi przestac. Wczoraj na przyklad nie mogla przebolec ze nie ma takich dlugich i bujnych wlosow jak barbie z bajki, ktora ogladala.  Absolutny dramat doslownie! Skonczylo sie na tym, ze poszla spac bez czytania bajek, bo nie mogla sie uspokoic.
Do tego dochodza jeszcze zlosci naszego syna, ktory wchodzi w wiek, kiedy dzieci nie lubia, kiedy mowi im sie co maja robic a czego nie maja. Tak wiec Olus wyladowuje sie rzucajac zabawkami, co jest czasami przerazajace, bo rzuca tez ciezkimi rzeczami i czesto z bliskiej odleglosci. Ostatnio w sklepie  moj slodki synek tak sie wkurzyl, ze swignal mini microfala, ktora trzymal, i ktora zamierzalam mu kupic, i trafil w stope obok przechodzacej kobiety!!! Doslownie zwiewalam z tego sklepu az sie za mna kurzylo, po uprzednim wielokrotnym przeproszeniu pani, by uniknac pozwania za uszkodzenie ciala. Dodatkowo braciszek wyladowuje zlosci na siostrze i juz wielokrotnie Mayci sie dostalo od niego. Alex czasami tez  placze -  rozdzierajaco kiedy mu sie czegos odmawia - przewaznie chodzi o slodycze, lub odbiera - zazwyczaj chodzi o jakiej ukochane rzeczy Mayci. Na szczescie mozna go latwo udobruchac, nigdy sie nie rozkreca tak jak Maycia i zazwyczaj juz po paru sekundach nie pamieta , ze w ogole plakal.
Tak wiec jest gloooosno u nas w chacie i nie zawsze jest to smiech, sa wrzaski, jest placz, dzieciary dostaja kary jak sie zle sprawuja: odosobnienie albo odbiera im sie jakies przywileje. Wymagane sa przeprosiny. Na szczescie kary zazwyczaj odnosza pozadany skutek.
Ale prawda jest, ze razem z Wiesiem staramy sie by nasze dzieci mialy dobre, szczesliwe dziecinstwo, zeby czuly sie kochane. Sa przytulane, chwalone, nagradzamy je, mowimy im czesto ze je kochamy, uczymy dobrych manier, sluchamy, spedzamy z nimi duzo czasu, zabieramy na wycieczki itd. I kiedy slysze ze nasze dzieci wygladaja na szczesliwe, kiedy ludzie podziwiaja jak bardzo sa zawsze usmiechniete, to ciesze sie strasznie, to jest jak komplement dla nas, to znaczy ze musimy robic cos dobrze:))

wtorek, 15 lutego 2011

Dzieci mają głos...

Zazwyczaj jest duzo smiechu z dzieci i ich wypowiedzi. U nas w domu smiechu jest jeszcze wiecej bo nasze dzieci miksuja sobie czesto dwa jezyki. Czasami zapisuje sobie ich wypowiedzi zeby potem jeszcze raz sie z nich posmiac. Oto pare perelek:

Maya oglada zdjecia ze swojego przedstawienia w szkole i nie mogac sie odnalezc posrod grupy dzieci mowi zbulwersowana:
- Wszystkie nie sa mnie! To nie sa mnie!

Dziadek sie pyta Mayci po powrocie ze szkoly:
- A mozesz nosic takie swiecace spodniczki do szkoly?
- Tak, jak jestes taka ladna! (Coz za skromnosc:))

Babcia z Dziadkiem proponuja Mayci ze wezma Olusia do Polski skoro tak jej sie psoci - bedzie miala spokoj... A Maya na to ze lzami w oczach:
- My musimy go sobie mac, bo ja go lubie!

Dziadek laskocze Olusia, ten ze smiechem oznajmia:
- You robi wiggle:)

- Tak glosno lafalam (Maya mowi ze sie smiala:))

Chodzimy po supermarkecie z Olusiem. Ja robie zakupy a Olus podziwia rozne reklamy popodwieszane pod sufitem. Nagle krzyczy: Mama! siedź! siedź! i pokazuje na sufit. Patrze...pod sufitem wisi sobie nadmuchiwany wielki fotel czyli siedź wedlug Olusia:)

Ja ce dondac! ( Olus, czyt. chce ogladac:))

Mama, mama aluuun, aluuun (Olus czyt. baloon:))

Pogaduszki do poduszki:
- Olus spales ladnie?
- Nie!
- A czemu nie spales?
- Niiee fiem
- A co robiles?
Olus muska rogiem kocyka swoj nosek i mowi: Myjku, myjku

Tatus zniecierpliwiony odpowiada na zachcianki swojego synka:
- Olus a ty za duzo nie chcesz?
- Nie, ja nie ce za duzo nie ce:)

Wiesiek kladzie Maycie spac i pokazujac na malunek pszczolki Maji na scianie pyta sie:
- A wiesz kto to jest?
- This is me as a bee:)

- Maya jak bylo dzis w szkole?
- Ladnie. Tylko Adrianna nie byla moja pszijaczióla.

wtorek, 8 lutego 2011

Za co kocham...niech wylicze...

Ponoc kocha sie za nic....Co wy na to? Troche to gornolotne jak dla mnie. Zgadzam sie ze mozna zakochac sie niewiele wiedzac o danej osobie - chociaz wedlug mnie to nie jest milosc jeszcze, tylko zauroczenie, zabujanie. Czasami przechodzi, a czasami przeradza sie w glebsze uczucie - i to zazwyczaj wtedy kiedy dobrze poznamy nasz obiekt westchnien czyli innymi slowy znajdziemy powody by go pokochac.
Mi tez Wiesiek spodobal sie od pierwszego wejrzenia, chociaz nie przyznawalam sie do tego tak od razu bo nie chcialam sobie robic nadziei. Bylam na straconej pozycji, tak mi sie przynajmniej wydawalo, bo po przytyciu 20 kg przez moje pierwsze miesiace w stanach troche stracilam na atrakcyjnosci:) Pierwszy raz w zyciu musialam liczyc na to ze oczaruje faceta tylko i wylacznie swoja osobowoscia. Stawalam na rzesach zeby odwrocic jego uwage od mojej nadwagi i sprawic by dojrzal we mnie fajna dziewczyne. I udalo sie! A moje zauroczenie od pierwszego spojrzenia tez mnie nie zawiodlo bo procz dlugich rzes i pieknych dloni (to mnie powala u faceta:)) na kazdym kroku przekonywalam sie ze mam do czynienia ze mezczyzna, z ktorym moglabym spedzic reszte zycia.
I kocham mojego mezusia straszliwie ale nie za nic bynajmniej. Chyba malzenstwo oparte wylacznie na milosci bez konretnego powodu dlugo by nie przetrwalo. Mowi sie ze nad szczesciem malzenskim trzeba pracowac, taaaa trzeba dostarczac swojej drugiej polowie powodow by cie kochala, trzeba starac sie byc lepszym, trzeba pokazywac ze sie kocha itd. Vincent van Gogh ponoc powiedzial : "Wierze, ze im bardziej sie kocha tym wiecej sie czyni, gdyz milosc, ktora jest niczym wiecej niz uczuciem nie moglbym nawet nazwac miloscia" i zgadzam sie z tym w 100%
A kocha sie za przedziwne i dosc prozaiczne rzeczy...na przyklad za to, ze twoj ukochany podlacza twoj telefon do ladowarki, za to, ze codziennie wlacza alarm i sprawdza czy drzwi sa zamkniete, za to, ze pamieta o urodzinach i rocznicach i nie musze mu przypominac, zeby kupil mi cos ladnego, bo zapamietal jak pare miesiecy wczesniej pokazywalam mu zegarek albo kolczyki w jakiejs gazecie, za to ze wykapie dzieci, nakarmi i przewinie kiedy jestem zmeczona albo rozmawiam z przyjaciolka przez telefon, za to, ze zauwazy ze zrobilam sobie makijaz i ladnie sie ubralam, za to ze zaprogramuje dvr zeby nagral moje ulubione programy, za to, ze wstawia zdjecia na blog za kazdym razem kiedy go poprosze (bo jakos nie moge sie tego nauczyc), za to, ze mowi: jedz ostroznie jak wychodze z domu, za to, ze skacze szybko do sklepu kiedy czegos mi zabraknie w kuchni, za to, ze nigdy mi nie wypomina tych wszystkich glupot, ktore zrobilam i robie czasami, za to, ze ma anielska cierpliwosc do dzieci, za to, ze docenia moje zdolnosci kulinarne i zawsze chwali, za to, ze sie nie obraza, za to, ze bierze pod uwage moje rady i korzysta z nich, za to, ze oglada ze mna telewizje i wysluchuje moich komentarzy, za to, ze przesyla mi linki do interesujacych informacji, wiadomosci i newsow - bez tego czesto gesto nie wiedzialabym co sie dzieje na swiecie, za to, ze nauczyl mnie korzystac z roznych urzadzen elektronicznych, ktore posiadamy - jestem atechniczna wiec to nie lada wyzwanie, za to, ze wstaje do Olusia w weekendy i pozwala mi dluzej polezec w lozku, za to, ze nigdy nie powiedzial, ze jestem za gruba, i w ogole za to, ze ze mna wytrzymuje:) Powodow jest chyba niezliczona ilosc. Moglabym wymieniac az zaczniecie ziewac. Zamiast tego radze wam zastanowic sie za co wy kochacie swoja druga polowe, dobre cwiczenie przed Walentynkami, przypomni wam moze jak bardzo jestescie zakochani ...bo przeciez macie tyle powodow:)
Zycze wszystkim wspanialych Walentynek - to nic ze swieto jest totalnie komercyjne, wazne ze jest, a swietowac mozna zupelnie niekomercyjnie. Tego wam zycze - zamiast kiczu i czekoladek, troche czulosci, bliskosci i troche romantyzmu moze...

środa, 2 lutego 2011

Nasz łazienkowy pracownik

Pewnego poznego popoludnia na poczatku stycznia Wiesiu wrocil z pracy, zasiadl do obiadu i stanowczym glosem oznajmil ze ma dosyc dojezdzania do pracy! I dodal ze ma nawet pomysl jak rozwiazac ten problem i oszczedzic sobie jezdzenia, czasu i pieniedzy, bo benzyna coraz drozsza i samochod sie zuzywa...itd.  Gwoli wyjasnienia dodam moze ze moj maz pracuje aktualnie dla firmy w chicago i wykonuje swoja robote przez internet i telefon. Moglby pracowac z domu gdybysmy mieli dodatkowy pokoj... lub chociaz odosobnione miejsce na biurko dla niego, ale poniewaz nie mogl sobie znalezc kacika by spokojnie i bez zaklocen wykonywac swoja prace jezdzil codziennie do biura co zabieralo mu tak okolo 45 min (30 mil)  w jedna strone  platna autostrada. Tak wiec tegoz styczniowego wieczoru stwierdzil ze jest juz zmeczony jezdzeniem i ma rozwiazanie...nadstawilismy uszy (ja z rodzicami) - bedzie pracowal z naszej lazienki! Wybuchnelismy smiechem...ale Wiesiu w ogole sie nie zrazil. Zaraz po obiedzie pojechal naszym komputerowym fotelem do lazienki, przystawil do kontuaru pomiedzy umywalkami, zasiadl, wyprobowal i stwierdzil ze tutaj bedzie mial spokoj. I od nastepnego dnia lazienka zamienila sie w biuro Wiesia:) Ma to swoje plusy i minusy - mamy wiecej Wiesia w domu - jemy razem sniadania, lunch, na obiad przychodzi jak tylko minie 5-ta, oszczedzamy na benzynie i zuzyciu samochodu. Minusem jest  ograniczony dostep do lazienki, po prostu nie chce mu przeszkadzac. Dodatkowo istnieje problem natury estetycznej, a mianowicie mezczyzna, ktory nie wychodzi do pracy uwaza ze nie musi sie nawet uczesac:) Po pierwszym tygodniu pracowania z lazienki moj maz wygladal jak bandzior zeby nie powiedziec jaskiniowiec - a moze raczej lazienkowiec:) nieogolony i potargany.
Mam nawet zdjecie ale nie chce was straszyc:) Ciekawe ze ja nie pracuje od 5 lat i jeszcze ani razu nie zdarzylo mi sie nie uczesac rano...

niedziela, 23 stycznia 2011

Nowy rok, nowe postanowienia

Niestety rodzice juz wyjechali:( Powoli odnajduje sie w tej nowej rzeczywistosci bez wsparcia rodzicow - znowu musze zmywac naczynia, odprowadzac Maycie do szkoly razem z Olusiem a pozniej sila wyciagac go z jej klasy, wstawac do mojego synka o brzasku, do tego tony prania i juz prasowanie zaczyna mi sie zbierac i itd. Ciezko i smutno bez rodzicow, ale oni maja swoje zycie w Polsce i reszte rodziny z ktora tez chca byc blisko. Ciesze sie ze w ogole udalo mi sie ich namowic na ten przyjazd, ze spedzilismy razem tyle czasu i swieta przede wszystkim. Najwieksza frajde mialy dzieci - szczegolnie Olus, ktory nie odstepowal Dziadka na krok - wszedzie z Dziadziem za raczke:)
Do tego dzieki tej wizycie wkroczylismy w nowy rok calkowicie zreperowani:) Moj tata "zlota raczka" ponaprawial wszystkie mozliwe usterki o ktorych wiedzialam i nawet te o ktorych nie mialam pojecia ze istnieja.  I teraz codziennie podziwiam nasza nowa podloge, z przyjemnoscia biore prysznic w odnowionej kabinie, zamykam bez problemu drzwi do closetu, ktore wczesniej za licho nie chcialy sie zamknac, ciesze sie na polki, ktore zainstalowal w pokoju Olusia, nie boje sie ze mi sie zamek zatnie w szafie z jedzeniem, i juz nie patrze z obrzydzeniem na swoj zlew w kuchni bo zostal pieknie uszczelniony wokolo, dlugo by wymieniac...,  nawet do garazu wjezdzam cieszac sie ze z pomoca taty wreszcie udalo mi sie go posprzatac :) To wszystko napawa mnie wielka radoscia bo tak ladnie zaczelismy ten nowy rok ze sama mam wiecej nadziei i optymizmu. Wierze ze w tym roku uda mi sie zrealizowac wiele postanowien i planow, ze bede lepsza matka i gospodynia i zona i zaczne moze przygotowywac sie by wejsc znowu na rynek pracy w przyszlosci. Chce dbac o zdrowie swoje i calej swojej rodziny, chce sie zdrowiej odzywiac, cwiczyc regularnie itd I dobrze, tak powinno byc, powinnismy zaczynac nowy roku z nowa nadzieja na siebie i swoje zycie. Nawet jesli koniec koncow nie zrealizuje wszystkich moich zamierzen to choc podejme probe, a nuz cos mi z tego wyjdzie...:)

środa, 5 stycznia 2011

Święta u Kalinowskich

Przygotowania do swiat w tym roku, a raczej w zeszlym roku:),zaczely sie u nas wczesnie - dlatego nie mialam czasu pisac. Najpierw zalozylismy nowa podloge, my czyli ja i tata:). Mama zajmowala sie dziecmi, Wiesiu dostarczal narzedzia i materialy i jak sie wyrazil byl fundatorem tego przedsiewziecia. Ja jako pomyslodawca musialam zakasac rekawy i odwalic razem z tatulem cala czarna robote. Zajelo nam to 5 dni i dorobilismy sie takich bolow miesni ze ledwo chodzilismy, ale jaka satysfajcka, jaki efekt:) Potem zaczely sie goraczkowe zakupy prezentow, zwozenie zarcia i przygotowania ruszyly pelna para. A bylo na co sie przygotowywac bo Swieta mielismy baaardzo rodzinne:) Procz moich rodzicow zjechala rodzina Wiesia z Pn. Karoliny. I jeszcze 23 grudnia wszyscy obchodzilismy 5-te urodziny naszej pierworodnej. 12 osob przy stole a raczej stolach - bo musielismy polaczyc dwa i dokupic krzesel, talerzy a zarcia nagotowalismy tyle ze obydwie lodowki byly pekate. Wszystko bylo tradycyjnie polskie - nawet karpia zamowilam w polskim sklepie. Prezentow mnostwo, pelna chata i pelne brzuchy. Niestety razem ze swietami powitalismy w domu jakis nieznany wirus przypominajacy bardzo grype zoladkowa:) Maya padla jego pierwsza ofiara, potem Olus obrzygal dokumentnie tate, swoj pokoj i nowa podloge. Babcia chorobe przechodzila najciezej - bidulka byla umierajaca przez dwa dni. Najlzej dotknelo panow a mnie dopadlo dopiero w Nowy Rok - wygladalo jakbym przeholowala z alkoholem w sylwestra tyle ze nic takiego nie mialo miejsca. Tak wiec szybko pozbylismy sie nadwagi poswiatecznej:)
Nowy rok powitalismy dochodzac do siebie:)
A wam zycze zebyscie przeszli przez ten nowy rok zdrowi i usmiechnieci:)




czwartek, 18 listopada 2010

A życie toczy się dalej...

Nie moglam pozegnac sie z moim dziadkiem:( Uscisnac jego reki chociaz, przytulic go:( Nie moglam pojechac na pogrzeb:( Czuje sie z tym strasznie. Jakbym go zawiodla. Tyle dla nas zrobil, byl zawsze obecny w naszym zyciu, zawsze pomagal, a ja nie moglam oddac mu tej ostatniej przyslugi - pojawic sie na jego pogrzebie. Tyle rodziny zjechalo, przyszli sasiedzi, znajomi, nawet koledzy moich braci i moj ex...a ja, jego wnuczka, bylam nieobecna:( Nie moglam przytulic mojej Babci, Mamy, Braci, reszty rodziny i podzielic sie z nimi bolem i rozpacza, pocieszyc nawzajem. Przykro...
Pierwsze dni tego listopadowego miesiaca byly ciezkie. Ale musialam sie zebrac w sobie i przestac poplakiwac co chwila, dolowac sie swoja bezsilnoscia bo dzieci sobie same obiadu nie zrobia i nie rozumieja dlaczego mama chodzi caly czas przygnebiona. Poza tym musialam zaczac przygotowywac dom na przyjecie naszych dlugo oczekiwanych gosci - moich rodzicow:) Przyjada na Swieta!!!
Bedziemy miec w tym roku swieta w naszym domu, wyprawimy Mayci przyjecie urodzinowe, bedzie piekna polska wigilia po poznansku, moje dzieci spedza poltora miesiaca z dziadkami z polski. I jesli rodzinie Wiesia uda sie przyjechac tez bedziemy miec baaardzo rodzinne i wesole Swieta. Dzieci beda zachwycone, zwlaszcza Maya, ktora uwielbia jak "wszystkie ludzie przyjezdzaja do jej domku". Chce zeby spedzaly jak najwiecej czasu ze swoimi dziadkami, znaly ich dobrze, pamietaly o nich, kochaly i tesnily za nimi, tak jak ja. Chce zeby mialy piekne rodzinne wspomnienia z dziecinstwa i poczucie ze byly i sa kochane przez cala rodzine.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Dziadek Czesiu

Mialam jednego dziadka. Dziadka Czesia. Bylam jego jedyna wnuczka posrod pieciorga wnuczat. Od kiedy pamietam byl na emeryturze. Byl dla nas wszystkich oparciem i pomoca, niestrudzony, silny, pracowity. Pamietal o wszystkich okazjach, datach, rocznicach. Zapalony kibic pilki noznej. Kupil kazdemu wnuczkowi pierwszy rower, zabieral na wycieczki rowerowe, potem kazdemu dal kase na prawo jazdy. Mocno przytulal, jakby chcial tym usciskiem pokazac nam jak bardzo nas kocha. Nie bylo by mnie tutaj na Florydzie gdyby nie jego pomoc finansowa. Jego malzenstwo z Babcia bylo dla mnie wzorem dobrego zwiazku, zawsze patrzylam na nich i myslalam ze tez bym tak chciala.
Doczekal sie pieciorga prawnuczat:) W czerwcu zegnalam sie z nim wiedzac, ze byc moze na zawsze.

Moj dziadek zmarl dzisiaj, 1 listopada, w Dniu Wszystkich Swietych, piekny dzien na smierc.

"Mozna odejsc na zawsze, by stale byc blisko"


środa, 20 października 2010

10 moich dziwactw

Jest taka zabawa blogowa - ludzie wypisuja 10 rzeczy ktore lubia. To niby ma ich scharakteryzowac. Na jednym blogu ktos stwierdzil ze lepiej napisac o 10 rzeczach ktore sie nie lubi. A ja wymyslilam zeby napisac o 10 najdziwniejszych rzeczach ktore sie lubi lub nie lubi - kazdy ma swoje dziwactwa nieprawdaz. A z wiekiem jest ich coraz wiecej:)
Oto moje dziwactwa:
1. Nie lubie jesc bialych potraw w szczegolnosci mleka, bialych lodow i bialych sosow.
2. Lubie zapach przypalonych ziemniakow.
3. Nienawidze jak ktos mi w domu trzaska drzwiami. Scyzoryk mi sie w kieszeni otwiera doslownie.
4. Lubie konwalie i biale roze.
5. Nie cierpie jak ktos udziela mi porad rodzicielskich o ktore nie prosilam albo wypowiada sie na temat moich dzieci lub mojego wychowywania ich - zwlaszcza jesli nie posiada swoich. Uwazam ze bezdzietni ludzie nie powinni w ogole wypowiadac sie na temat rodzicielstwa.
6. Mam slabosc do torebek i kosmetykow.
7. Jesli przeklinasz i robisz bledy ortograficzne jestes u mnie na cenzurowanym.
8. Mam tak zwany grooming syndrom matki - dbam o czystosc skory, uszu i paznokci calej mojej rodziny innymi slowy wyciskam sobie i innym zaskorniaki, czyszcze wszystkim uszy i obcinam im paznokcie. I mam z tego wielka satysfakcje:)
9. Lubie robic rozne projekty domowe sama: szyje, kiedys robilam na drutach, szydelku, sama jestem w stanie wymalowac chate, zrobilam mozaike na podlodze naszej werandy itd
10. Mam obsesje na punkcie porzadku w szafach i szufladach. Poswiecam temu duzo mojego czasu i energii, czesto robie reorganizacje w closecie, wymyslam rozne udoskonalenia.

Wy tez sie zabawcie, moze dowiecie sie czegos o sobie...

poniedziałek, 18 października 2010

Wyolbrzymianie

Dzisiaj w nocy zdalam sobie sprawe ze mam powazny problem z wyolbrzymianiem rzeczy. Poszlo o kolor wlosow. Bylam wczoraj u fryzjera i wrocilam zrozpaczona, bo to co mialam na glowie w ogole nie wygladalo tak jak sobie wymarzylam. Fryzjerka zapewniala ze kolor wyjasnieje, blond pasemka utlenia sie i beda bardziej widoczne a ciemniejszy kolor wyblaknie po myciu, ale po powrocie do domu spojrzalam na siebie w lustrze i doslownie tak sie wscieklam jak nigdy. Zamiast glowy mieniacej sie kolorami cieplego blondu zobaczylam brunetke z kilkoma blond pasemkami. Mialam lzy w oczach i totalnie zepsuty humor. Reszte dnia spedzilam probujac go sobie naprawic zakupami - co mi sie nie udalo w ogole. Doslownie tragedia! Nie moglam na siebie patrzec, wydawalo mi sie, ze wygladam staro i buro. W koncu podjelam decyzje ze poprosze owa fryzjerke zeby zrobila jakies poprawki, sprobowala rozjasnic te wlosy. Wiesiek poradzil zebym umyla glowe i zobaczyla czy rzeczywiscie ciemniejszy kolor zacznie schodzic, tak tez zrobilam i zauwazylam rzeczywiscie niewielka poprawe...A potem w nocy - kiedy nie moglam zasnac, doszlo do mnie ze jestem absolutna wariatka. Jak mozna robic takie halo o ciemniejszy kolor wlosow...Caly dzien sobie zepsulam, o niczym innym nie gadalam tylko o tym jak bardzo jestem niezadowolona i wkurzona. Doslownie smiechu warte i pozalowania godne. Ludzie maja powazne problemy - zdrowotne, finansowe, rozwodza sie, bankrutuja, traca domy itd. a ja rozpaczam bo wlosy mi wyszly ciemniejsze niz chcialam. Czasami mi odwala naprawde. Oczywiscie nie pojde poprawiac tych wlosow, bo nie mam nawet na to czasu i nie chce ich sobie za bardzo zniszczyc. Jest jak jest, nastepnym razem bedzie lepiej.

sobota, 16 października 2010

Magic eraser

Z pewnoscia wielu z was nabralo sie juz kilkakrotnie na reklamy nowych srodkow czyszczacych i zakupilo wierzac pani z ekranu ze ten wlasnie odplamiacz wywabi wszystkie plamy, a inne cudo wyczysci prysznic na blysk...ja w kazdym razie jestem ta zawsze poszukujaca bo jakos zawsze mam cos do wyczyszczenia, odkazenia, wybielenia i wywabienia itd. Znalazlam jednak cos super czaderskiego na jeden z moich odwiecznych problemow! A mianowicie jesli, podobnie jak ja, co jakis czas - w moim przypadku niemalze codziennie:( - odkrywacie ze wasz stol, sciany, krzesla lub inne czesci waszego przybytku zostaly porysowane kredkami, pomalowane farbkami i co najgorsze dzieci zostawily slady  niezmywalnych mazakow - mam dla was rozwiazanie nazywa sie Magic Eraser:) Ta niepozorna gabeczka w pelni zasluguje na swoja nazwe. Juz wielokrotnie uratowala nasz stol  a mnie przed wybuchem niepohamowanej zlosci. Kiedy w czasie sprzatania rece mi juz opadaja siegam po to cudo i wszystko znika, nawet rdza, plamy z twardej wody, plesn, farby, wszystkie malunki z  pisakow i dziala na wszystkich powierzchniach. To moja tajna bron:) Dzieki temu odkryciu przestalam sie troche stresowac chociaz czescia zniszczen, ktorych dopuszczaja sie moje dzieci. Bo choc nie wiem jakbym pilnowala tych moich brzdacow to zawsze cos zmaluja - najczesciej doslownie!
Nie wiem czy moja magiczna gabka jest dostepna w Polsce...jesli nie to mam nadzieje ze wkrotce bedzie.